(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Gdyby ktokolwiek nas zapytał jaki kraj na świecie jest
najbardziej tajemniczy, prawdopodobnie mielibyśmy
poważne trudnosci z dokonaniem wyboru. Wszakże
wiemy o piramidach z Egiptu, o tajemniczych
kamiennych monumentach z Południowej Ameryki,
o Wielkim Murze Chińskim i o wszelkich owych
tajemnicach jakie go otaczają, itd. Nigdy byśmy
zapewne nie przypuszczali, że miniaturowe wersje
tych tajemnic z wszelkich innych krajów, można
także znaleźć w Nowej Zelandii. I tak Nowa
Zelandia w części zwanej Coromandel posiada
dwie małe piramidy, w lasach Kaimanawa
posiada ruiny kamiennej świątyni w stylu Machu
Picchu (jak te z Peru), w tzw. Northland posiada
ona miniaturę Wielkiego Muru Chińskiego,
posiada ona także własne miejsce eksplozji
jakie jest nawet bardziej spektakularne niż
słynna eksplozja Tunguska z 1908 roku z
Centralnej Syberii, a na dodatek do tego
wszystkiego posiada ona jeszcze wiele lokalnych
tajemnic jakie wcale nie występują w innych
krajach świata, oraz jakie w Nowej Zelandii mogą
być tanio badane przez wszystkich zainteresowanych.
Czyli owa popularna opinia o Nowej Zelandii,
że jest to kraj w jakim niemal wszystko jest
czyimś monopolem niedostępnym dla normalnej
kieszeni, oraz gdzie jedynie daje się zobaczyć 1000
owiec przypadających na każdego mieszkańca,
jest dosyć mylące. Problem leży jednak w
tym, że w sprawie tajemnic swego kraju
Nowozelandczycy są wyjątkowo nieśmiali
i skromni. Nie lubują się oni w przechwałkach
na temat posiadanych tajemnic. Szczególnie
jeśli tajemnice te nie są uznawane ani
wytłumaczalne przez dzisiejszą oficjalną naukę.
Raczej wolą zabrać swojego rozmówcę
na dobry kufel piwa, lub obejrzeć z nim
podniecający mecz rugby, niż wymądrzać
się w wyjaśnianiu miejscowych tajemnic.
W ten sposób, na przekór że kraj ten
dosłownie przelewa się tajemnicami,
ktoś musi mieć wiele szczęścia aby
cokolwiek znaleźć na ich temat w
miejscowych broszurkach turystycznych
czy w miejscowych oficjalnych publikacjach.
Część A:
Informacje wprowadzające tej strony:
#A1.
Czym jest niniejsza strona internetowa:
Niniejsza strona internetowa właściwie jest wstępnym raportem
który podsumowuje wyniki moich prywatnych badań
nad tajemnicami Nowej Zelandii. Jest ona nastawiona
na ujawnienie w jakich obszarach badania te zostały
dokonane, oraz jakie wyniki one wniosły. Ponadto
wskazuje ona gdzie dokładnie w moich monografiach
naukowych badania nad daną tajemnicą zostały opisane
bardziej szczegółowo i dostarcza darmowych
egzemplarzy tych monografii dla załadowania sobie
do własnego komputera. Strona ta wskazuje też dokładne
dane innych źródeł informacji związanych z daną
tajemnicą, takich jak artykuły w gazetach, nazwy miejsc,
itp. Poprzez dostarczenie tego wszystkiego, identyfikuje
ona te rodzaje tajemniczych widoków i zjawisk, które są
warte oglądnięcia w Nowej Zelandii. Wszakże nie daje
się niczego znaleźć na ich temat w oficjalnych przewodnikach
turystycznych. Podczas czytania o opisywanych tutaj
tajemnicach, warto sprawdzić ich położenie na mapach
Nowej Zelandii. Mapy te można znaleźć na stronie internetowej
www.linz.govt.nz.
Ponieważ jestem naukowcem który strannie bada każdą
z tajemnic opisywanych poniżej, razem z prezentacją
każdej z nich podałem również moje własne wyjaśnienie
dla mechanizmu jaki za tajemnicą tą się ukrywa.
Zapraszam każdego do zweryfikowania zasadności
tych moich wyjaśnień.
#A2.
Istnieje też alternatywny obraz Nowej Zelandii:
Jeśli ktoś zwiedza Nową Zelandię za pośrednictwem
jakiejś oficjalnej wycieczki poprzez biuro podróży,
wówczas ogląda tam standardowe widoki. Znaczy
przewodnicy pokazują ten kraj pełen tajemnic i
niewyjaśnionych zjawisk mniej więcej w następujący
sposób: oto gejzery Rotoruy - aby móc oglądać
podobne poza Nową Zelandią trzeba się wybrać
aż do Islandii albo do USA, oto świecące się glizdy -
wyglądają one niemal jak zakotwiczone w jednym
miejscu robaczki świętojańskie z Europy lub
świetliki "klip-klip" z Malezji, oto lodowce
wybrzeża zachodniego - aby zobaczyć podobne
trzeba się wybrać do Norwegii lub na Alskę, tutaj
turyści mogą nabyć nowozelandzkich owoców -
są one tu niemal równie tanie jak w sklepach,
tutaj wolno poglaskac owieczki - oczywiście
dopiero po wykupieniu tej atrakcji, itd., itp.
(Po przykład potraktowania przez biura podróży
patrz artykuł "Chinese get souvenirs, not the
Kiwi sights" (tj. w tłumaczeniu znaczeniowym
"Chińczykom oferowane są pamiątki, a nie
faktyczne widoki Nowej Zelandii") ze strony A5 gazety
The New Zealand Herald,
wydanie z piątku (Friday), January 25, 2008.)
Tymczasem w Nowej Zelandii można zobaczyć
też rzeczy których nie daje się zobaczyć w żadnym
innym kraju - tak jak niniejsza strona to
wyjaśnia. Większość też z nich jest do wglądu
za darmo. Trzeba jedynie wiedzieć gdzie
ich poszukiwać, oraz oczywiście trzeba
nieco zboczyć z ustalonych szlaków turystycznych.
#A3.
Cele do osiągnięcia poprzez niniejszą stronę:
Niniejsza strona ma na celu pokazanie alternatywnej
Nowej Zelandii. Znaczy pokazanie Nowej Zelandii
pełnej tajemnic, niewyjaśnionych zjawisk, naukowych
zagadek których niemal nikt nie bada, szokującej
historii której istnieniu oficjalnie się zaprzecza, itp.
Czyli zobaczenie tej unikalnej Nowej Zelandii, jaka
wcale nie jest powtórzeniem któregokolwiek z innych
miejsc na Ziemi.
* * *
Tak więc
proponuję rzucić okiem na te ciekawostki i tajemnice
Nowej Zelandii, które zdążyłem już przebadać i
przetransformować w poniższą ich prezentację.
Oto one.
Część B:
Konwencjonalne ciekawostki warte poznania i zobaczenia w Nowej Zelandii:
#B1.
Wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi - znaczy starożytny instrument jaki alarmuje
o zbliżającym się trzęsieniu ziemi zanim ono nas uderzy:
W Wellington, stolicy Nowej Zelandii, działa
narodowe muzeum Nowej Zelandii o nazwie
Te Papa.
(W chwili kolejnego aktualizowania tej strony
w styczniu 2008 roku wstęp do niego był
bezpłatny - podobnie zresztą jak do większości
innych muzeów Nowej Zelandii.)
Z ogromnej liczby eksponatów wystawionych
w owym muzeum, dwa polecałbym
do szczególnie uważnego oglądnięcia.
Są one bowiem rodzajami unikatów.
Jednym z owych eksponatów polecanych
tu do dokładnego oglądnięcie jest
zdalny wykrywacz nadchodzących trzęsień
Ziemi. Wykrywacz ten jest błędnie nazywany
"seismografem Zhang Heng'a". Dlaczego
ów zdalny wykrywacz gotujących się trzęsień
ziemi jest warty oglądnięcia, opisuję to w
niniejszym punkcie. Kolejnym eksponatem
wartym oglądnięcia jest motocykl John'a Britten.
Motocykl ten pokazany jest na "Rys. #B5"
poniżej, zaś opisany w punkcie #B3 tej strony.
Jak prawdopodobnie każdy jest już tego
świadomym, dzisiejsza nauka nie jest w
stanie przewidzieć trzęsień ziemi zanim
one nastąpią. Nasze dzisiejsze instrumenty,
nazywane "sejsmografami" wskazują
jedynie zaistnienie trzęsienia, jeśli trzęsienie
to już potrząśnie samym instrumentem.
Dlatego ujawniają one trzesienia ziemi
dopiero po fakcie - czyli kiedy już
dokona ono zniszczeń. Tymczasem
proszę sobie wyobrazić, że tak dawno
temu jak w roku 132 AD (czyli niemal
2000 lat temu), chiński genialny astronom
i matematyk o nazwisku Zhang Heng
zbudował urządzenie obecnie błędnie
nazywane
sejsmografem Zhang Henga.
(Tj. opisy tego urządzenia wskazywane
są przez wyszukiwarki jeśli nazwa "Zhang Heng seismograph"
użyta jest jako słowa kluczowe.) Było ono
w stanie ostrzec o zbliżającym się trzęsieniu
ziemi na długi czas zanim owo trzęsienie
uderzyło. Instrument tego geniusza jest
aż tak zaawansowany, że - jak wyjaśnię to
w dalszej części tego opisu, nawet dzisiaj
wyprzedza ono stan naszej obecnej nauki
ortodoksyjnej o co najmniej dalsze 100 lat.
Aby było jeszcze bardziej interesujące,
połowy wielkości replika tego cudownego
urządzenia znajduje się w Nowej Zelandii.
Może ona być ogladana w muzeum nazywanym
Te Papa,
a znajdującym się w Wellington. Ja
osobiście wierzę, że oryginalne urządzenie
jakie owa replika imituje, było jednym
z "technicznych cudów świata".
Gdyby w Wellington znajdowało się
oryginalne i pracujące takie urządzenie,
nie zaś jego wzrokowo-podobna replika,
Nowa Zelandia mogłaby dumnie stwierdzić,
że jest ono najbardziej zaawansowanym
urządzeniem technicznym na nowozelandzkiej
ziemi, oraz jednym z kilku nielicznych
cudów technicznych naszej planety.
Urządzenie Zhang Henga faktycznie było skonstruowane
w formie ozdobnej fontanny - patrz fotografia z "Rys. #B1"
obok. Kiedy też żadne trzęsienie ziemi nie
nadchodziło, urządzenie to działało również
jako ozdobna fontanna. Główny zbiornik na
wodę owej fontanny miał kształt parabolicznej
komory antenowej wykonanej z blachy miedzianej.
Kształt ten w przekroju pionowym przypominał
kształt dzisiejszych parabolicznych anten satelitarnych.
Miał on tą cechę, że skupiał on dokładnie w
swoim centrum większość promieniowania
jakie docierało do owej komory antenowej z
dowolnego miejsca na Ziemi gdzie właśnie
gotowało się jakieś trzęsienie ziemi. Do obwodu
bocznych ścianek tej komory antenowej przymocowanych
było osiem pysków smoczych, z których wypływała
woda. W każdym z tych pysków znajdowała się
ciężka metalowa "perła". Pod każdym zaś z tych
pysków smoczych ustawiona była mosiężna żaba,
która faktycznie była głośnym dzwonem ulanym
w kształcie żaby. Strumienie wody wylewające się
z pysków smoczych zakreślały w powietrzu łuk,
wpadając w otwarte pyski owych żab. Kiedy
jednak nadchodziło trzęsienie ziemi, wówczas
owa ciężka metalowa perła trzymana w pysku
smoka od strony z której nadchodziło to trzęsienie,
wypadała wraz z wodą i uderzała w mosiężną
żabę poniżej. Jej uderzenie powodowało, że
żaba (która faktycznie była głośnym dzwonem)
wydawała bardzo głośny dźwięk dzwoniący.
Dźwięk ten był właśnie alarmem ostrzegającym
o nadchodzącym trzęsieniu ziemi.
Zasada działania opisywanego tutaj urządzenia
bazuje na indukowaniu falami telepatycznymi
zdecydowanych różnic w tarciu wody wypływającej
z pysków owych smoków. W normalnym bowiem
przypadku, kiedy żadne silne trzęsienie ziemi
nie gotuje się w pobliżu tego urządzenia, woda
jaka wypływa z pysków owych smoków formuje
tzw. "wypływ laminarny". Wypływ ten jest doskonale
znany z małego tarcia. Woda ta swoim tarciem
nie jest więc w stanie wyrzucić ciężkich metalowych
pereł leżących w owych pyskach w równowadze
chwiejnej. Kiedy jednak gdzieś w pobliżu zaczyna
się gotować trzęsienie ziemi, tarcie warstw skalnych
indukuje potężne fale telepatyczne które docierają
do komory antenowej owej fontanny. Paraboliczny
kształt owej komory ogniskuje owo promieniowanie
na wlocie do jednej z rur doprowadzających wodę
do pyska smoka leżącego po stronie z której dane
trzęsienie ma nadejść. Energia tego promieniowania
telepatycznego zamienia teraz wypływ wody z owego
pyska z poprzedniego "wypływu laminarnego" na
tzw. "wypływ burzliwy". Wypływ zaś burzliwy ma już
na tyle duże tarcie, że wyrzuca on perłę z pyska
tego smoka. Z kolei upadająca perła podnosi alarm
dźwiękowy informujący wszystkich że trzęsienie
ziemi właśnie nadchodzi. Ludzie mają więc czas
aby uciec z budynków zagrożonych zawaleniem
przez to trzęsienie ziemi.
Niefortunnie dla nas wszystkich, oryginalne
urządzenie Zhang Heng'a zostało zniszczone.
(Nie powinno to dziwić, zważywszy co wyjaśniłem
o diabolicznych UFOnautach na stronie o
UFOnautach.)
Do naszych czasów przetrwały jedynie laickie
opisy ludzi którzy widzieli je w działaniu, jakie
wyjaśniają nam jak ono wyglądało. Jednak
kluczowe szczegóły działania tego urządzenia
pozostają nieznane. Szczegóły te, niestety,
muszą być wynalezione i wypracowane całkowicie
od początku (na szczęście ja jestem bardzo
dobry w takim powtórnym wynajdowaniu).
Dlatego też począwszy od słynnego 19-wiecznego
wynalazcy angielskiego, Dra John'a Milne,
który zbudował swój własny sejsmograf używany,
między innymi, w Nowej Zelandii, najróżniejsi
naukowcy ortodoksyjni spekulowali jak ów
"Zhang Heng seismograph" może działać.
Ponieważ patrzyli oni na owo urządzenie z
perspektywy ich własnej wiedzy, wyjaśniali
jego działanie na taki sam sposób jak działanie
dzisiejszych sejsmografów. Mianowicie, zgodnie
z nimi, urządzenie to wykorzystuje siły inercji
do wzniecania alarmu. Jedna z takich
wydedukowanych konstrukcji tego urządzenia,
pokazana została na rysunku dostępnym pod
adresem internetowym
international.tamu.edu.
W ich więc zrozumieniu, to cudowne urządzenie
działa niemal tak samo jak obecne sejsmografy.
Na podstawie tamtych spekulacji wykonali oni też
dzisiejsze repliki owego urządzenia. Jednak moje
własne badania nad ową repliką z Wellington,
a także analizowanie tego co wiem na temat
urządzenia Zhang Heng'a, wskazują jednoznacznie
że założenia które dzisiejsi naukowcy przyjmują
są całkowicie błędne. Wszakże starają się oni
opisać owo cudowne urządzenie jako prymitywną
wersję dzisiejszych sejsmografów działających
na zasadzie sił inercji. Tymczasem w rzeczywistości
urządzenie to wykorzystuje doskonałą wśród
starożytnych Chinczyków wiedzę na temat "chi",
lub - jak my dzisiaj je nazywamy - "fal telepatycznych".
Owo błędne wyjaśnienie inercyjne naukowców
ortodoksyjnych nie ujawnia pełnych możliwości
tego cudownego urządzenia, a na dodatek
wprowadza wiele konfuzji. Ponadto z powodu
swojej błędności, uniemożliwia ono zbudowanie
protypu który by zadziałał. (Wszystkie kopie
tego cudownego urządzenia które zbudowane
zostały przez dzisiejszych naukowców odmówiły
działania! Powodem było że dla nich wszystkich
naukowcy ci zakładali zupełnie błędną zasadę
działania opartą na siłach inercji zamiast "chi".)
Ja sam interesuję się tym urządzeniem od 1993
roku, czyli od czasów kiedy podczas swojej profesury
w Malezji usłyszałem o nim po raz pierwszy od
zaprzyjaźnionych Chińczyków. Niestety, nie zdołałem
wówczas ustalić gdzie jego oryginał się znajduje,
nie stać zaś mnie było aby polecieć do Chin i tam
go poszukiwać (dopiero niedawno dowiedziałem
się że jego oryginał został zniszczony). Jednak
skoro
Dr Pająk
nie mógł przybyć do sejsmografu,
sejsmograf przybył do Dra Pająka. W 2003 roku
całkiem niespodziewanie dla siebie znalazłem to
urządzenie w muzeum "Te Papa" odległym jedynie
o kilka kilometrów od mojego ówczesnego mieszkania.
Natychmiast też poddałem je analizom funkcjonalnym.
W wyniku swoich badań rozpracowałem odmienne
wyjaśnienie dla zasady działania dla "Zhang Heng
Seismograph". Wyjaśnienie to już opisałem parę
paragrafów wyżej, oraz streściłem je także w podpisie
pod ilustracją "Rys. #B1". Jest ono całkowicie odmienne
od tych zaproponowanych przez innych naukowców.
Bierze ono bowiem pod uwagę działanie fal telepatycznych,
na którym oryginalne urządzenie Zhang Heng'a
bazowało. Jak bowiem się okazuje, starożytni
Chińczycy wiedzieli znacznie więcej od nas o
falach telepatycznych. Referowali oni do nich
wówczas jako do energii "chi". Ponadto cała ich
wiedza na temat tzw. "feng schui" to faktycznie
wiedza o następstwach oddziaływania na losy
ludzi określonych rodzajów fal telepatycznych.
Stąd moje wyjaśnienie dla działania tego urządzenia
ujawnia, że do wykrywania trzęsień ziemi zaprzegnięte
w nim zostały włąśnie fale telepatyczne (chi).
To zaś umożliwiało aby trzęsienia te wykryć
na długi czas zanim zdołają one do
nas dotrzeć i dokonać zniszczeń.
Zgodnie z moimi oszacowaniami, opisany tu
telepatyczny wykrywacz nadchodzących trzęsień ziemi
wyprzedza stan dzisiejszej nauki ortodoksyjnej
o co najmniej 100 lat. Jest tak ponieważ nauka
ortodoksyjna potrzebuje co najmniej 50 następnych
lat aby się nauczyć czym właściwie są fale telepatyczne,
potem potrzebuje następnych 30 lat aby się nauczyć,
że nadchodzące trzęsienia ziemi zawsze wysyłają
ostrzeżenie uprzedzające - które przyjmuje właśnie
postać wiązki potężnych fal telepatycznych
(odbieranych w wyprzedzeniem
m.in. przez zwierzęta), a potem
jeszcze co najmniej 20 lat aby zbudować pracujące
urządzenie telepatyczne jakie wykorzystywałoby
tą wiedzę dla ostrzegania ludzi o nadchodzącym
trzęsieniu ziemi. Stąd jeśli już ktoś będzie w Nowej
Zelandii, wówczas sugerowałbym wstąpić do muzeum
nazywanego
Te Papa
aby zobaczyć na własne oczy ten starożytny cud
techniki, jaki na Ziemi zapewne zostanie zbudowany
nie wcześniej niż za jakieś 100 lat. (Technicznie
mógłby on być zbudowany już obecnie. Niefortunnie,
dzisiejszy wrogi dla nowych idei klimat naukowy
czyni to niemożliwym.)
Przy okazji omawiania tego cudownego urządzenia
w podrozdziale N6.2 z tomu 11 monografii [1/4],
przytaczam tam także kilka istotnych powodów,
dlaczego urządzenie to NIE miało prawa działać
na zasadzie inercji - czyli działać tak jak je obecnie
wyjaśniają ortodoksyjni naukowcy, a faktycznie
musiało działać na zasadzie fal telepatycznych
(tj. "chi"). Oto najważniejsze z owych powodów:
1.
Kształt. Wyprodukowanie w starożytności
komory rezonansowej o kształcie parabolicznego
lustra wklęsłego, o zarysie identycznym do
dzisiejszych satelitarnych anten telewizyjnych
było bardzo kosztowne i trudne. Zhang Heng nie
ukształtowalby więc swego urządzenia w aż tak
trudny sposób, gdyby użyta zasada działanie
tego nie wymagała. Tymczasem tylko urządzenie
działające na "chi" wymaga ściśle parabolicznego
kształtu. Urządzenia zaś działające na zasadzie
sił inercji (tak jak nasze dzisiejsze sejsmografy)
mogą mieć obudowę o dowolnie prostym kształcie,
np. zwykłej skrzynki.
2.
Fontanna. Jeśli owo urządzenie działa na zasadzie
sił inercji, wówczas wcale nie musiało być budowane
jako fontanna. Wszakże woda jedynie psułaby jego
inercyjne działanie. Jednak woda jest absolutnie
konieczna dla wykorzystania fal telepatycznych (tj. "chi").
3.
Położenie głów smoczych w połowie wysokości fontanny.
Gdyby ten instrument działał na zasadzie sił inercji,
wówczas wyloty dla strumieni wody wcale nie powinny
być wbudowane w połowie wysokości komory antenowej.
Wszakże gdyby wyloty dla wody były tuż przy dnie
komory antenowej wówczas uzyskiwane byłoby wyższe
ciśnienie wylotu, a stąd fontanna taka działałaby znacznie
lepiej. Za to wyloty wody w połowie wysokości komory
antenowej są absolutnie konieczne dla wykorzystania
fal telepatycznych. Wszakże właśnie w połowie wysokości
znajduje się punkt ogniskowy w jakim fale te są skupiane.
4.
Chi. Starożytni Chinczycy znali doskonale własnosci
"chi" (tj. fal telepatycznych). Jednak niemal nie posiadali
żadnej wiedzy na temat mechnanicznych drgań gruntu
i na temat sił inercji.
5.
Symetria. Urządzenia pracujące na zasadzie
drgań inercyjnych działaję symetrycznie - jako że
wibracje są zawsze symetryczne. Doskonale widzimy
to na dzisiejszych sejsmografach, w których rysowana
linia zawsze wychyla się o niemal tą samą wartość w
obu kierunkach z punktu równowagi. Stąd gdyby
urządzenie Zhang Heng'a pracowało na zasadzie
inercji, wówczas dwie (a nie jedna) "perły" musiałyby
zawsze wypadać z pysków smoków po przeciwstawnych
stronach urządzenia. Z kolei fale telepatyczne (tj. "chi")
powodowałoby że tylko jedna "perła" wypadała z pyska
tylko jednego smoka. Starożytne opisy efektów działania
tego urządzenia wyjaśniają, że zawsze wypadała z niego
tylko jedna "perła".
6.
Alarm dźwiękowy. Omawiane urządzenie służyło
podnoszeniu alarmu dźwiękowego - to właśnie dlatego
używało ono żab jakie wydawały głosny dźwięk bicia
w dzwon. Gdyby jednak było to urządzenie inercyjne,
wówczas podnosiłoby ono hałas tylko kiedy trzesienie
ziemi już nim wstrząsnęło. Jednak alarm w takim
przypadku wcale nie byłby już potrzebny, bowiem
towarzyszyłby on doskonale dla każdego widocznym
oznakom trzęsienia ziemi, takim jak np. zawalanie
się budynków, przesuwanie się i upadanie mebli,
kołysanie się podłogi, itp. Jedyne więc uzasadnienie
dla użycia alarmu dźwiękowego jest, jeśli był on
podnoszony na jakis czas przed nadejściem
właściwego trzęsienia ziemi, czyli jeśli urządzenie
to działało na zasadzie fal telepatycznych (tj. "chi").
* * *
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu
wystarczy zwyczajnie kliknąć na tą fotografię. Ponadto
większość tzw. browser'ów które obecnie są w użyciu, włączając
w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji
do swojego własnego komputera, gdzie można jej się do woli
przyglądać, gdzie daje się ją zredukować lub powiększyć,
a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego
przez siebie software graficznego.
Rys. #B1: Powyższe
zdjęcie pokazuje telepatyczny wykrywacz nadchodzących
trzęsień ziemi - tj. instument zdolny do odbierania fal
telepatycznych wysyłanych przez gotujące się trzęsienie
ziemi i do podniesienia alarmu zanim
trzęsienie to uderzy. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć
je w powiększeniu.)
(Odnotuj, że znacznie bardziej
dokładny opis tego niezwykłego urządzenia
zawarty jest na odrębnych stronach internetowych
seismograph_pl.htm, oraz
telekinesis_pl.htm.)
Zajmnie to nie mniej niż jakieś 100 dalszych lat
zanim dzisiejsza nauka ortodoksyjna nauczy się
jak budować takie urządzenia. Szokująco jednak
urządzenie takie zostało już zbudowane w starożytnosci
przez chińskiego geniusza o nazwisku Zhang Heng.
Wykorzystuje ono starożytną wiedzę chińską o tzw.
chi (czyli o "falach telepatycznych") dla
wzniecania wczesnych alarmów ostrzegających
przed nadciągającym trzęsieniem ziemi. Owe "chi"
czyli "fale telepatyczne" które ono wykorzystuje w
swoim działaniu, można sobie wyobrażać jako
rodzaj dźwięku lub światła, który:
(1) propagowany jest w odmiennym świecie,
(2) rozchodzi się z nieskończenie dużą szybkością,
(3) każdy obiekt jest dla niego przeźroczysty, stąd
przenika on przez obiekty nawet tak ogromne jak
ziemia czy słońce, oraz (4) częściowo odbija się
on od praktycznie każdej powierzchni. Nowa Zelandia
otrzymała replikę tego cudownego urządzenia
od zarządu miasta Beijing (Pekin) w Chinach.
Owa replika jest jedną z pierwszych jakie
udostępnione zostały poza granicami Chin.
Obecnie może ona zostać oglądnięta w muzeum zwanym
Te Papa
z Wellington - stolicy Nowej Zelandii.
Powyższe zdjęcie ilustruje również zasadę
działania urządzenia Zhang Henga. Jak to
wyraźnie widać z tego zdjęcia, urządzenie Zhang
Heng'a przyjmuje postać metalowej fontanny,
w której woda wylewa się z pysków ośmiu smoków
wprost do otwartych ust ośmiu spiżowych żab
(ropuszek) czekających poniżej. Smoki są
przymocowane do komory antenowej w kształcie
zbliżonym do dzisiejszych anten satelitarnych
oraz wypełnionej wodą. Osiem wlotów do rur
które doprowadzają wyciekającą wodę,
umieszczonych jest w pobliżu centrum tej komory.
Z tych punktów wlotu, woda doprowadzana jest
do ośmiu dysz wylotowych tej fontanny, jakie
ukształtowane są ozdobnie na podobieństwo
pysków smoczych, oraz rozmieszczone w
równych odstępach naokoło obwodu komory
rezonansowej. Pionowe umiejscowienie i
konfiguracja owych wlotów, rur, oraz pysków
smoczych jest tak dobrane, że woda jaka
przez nie przepływa wykazuje to co nauka
hydromechaniki nazywa przepływem
laminarnym. Aby być w stanie dokładnie
dostroić konfigurację pysków smoczych oraz
intensywność przepływu laminarnego wody,
specjalny pionowy drążek sterowniczy umieszczony
jest w centrum komory rezonansowej. Ów
drążek połączony jest ze szczękami poszczególnych
smoków za pośrednictwem układów dźwigni.
Mechanizm owego drążka i dźwigni służy
doregulowaniu siły przepływającej wody do
poziomu wymaganego dla wyrzucenia danej
"perły" z pyska trzymającego ją smoka. Dlatego
mechanizm ten służy także do regulowaniu
mocy trzęsienia ziemi jaka jest wymagana
aby podnieść alarm. Pechowo jednak,
dzisiejsi ortodoksyjni naukowcy interpretują
ów drążek jako inercyjny mechanizm wyzwalający,
podobny do tego używanego w dzisiejszych
sejsmografach.
Aby wszcząć alarm poprzedzający trzęsienie
ziemi, w pysku każdego smoka umieszczona
jest ciężka metalowa "perła". Wielkość, ciężar,
oraz kształt tej perły jest tak dobrany, że w
normalnym przypadku laminarny przepływ
wody nie wyrzuca jej z pyska danego smoka.
Jednak tzw. "przepływ burzliwy" powoduje
wypadnięcie tej perły z pyska smoka i jej
wpadnięcie do otwartego pyska żaby siedzącej
poniżej owego smoka. Miedziana komora
antenowa posiada tak zaprojektowaną
krzywiznę swoich parabolicznych ścianek
bocznych, że ścianki te formują dla fal
telepatycznych rodzaj "lustra parabolicznego".
(Starożytni Chińczycy doskonale byli obznajomieni
z falami telepatycznymi, jakie oni nazywali "chi".)
Owo lustro paraboliczne odbija fale telepatyczne
i koncentruje je na wlotach do rur które
dostarczają wodę do pysków poszczególnych
smoków z przeciwstawnej strony komory.
W normalnych jednak okolicznościach,
owe fale telepatyczne mają zbyt małą energię,
a ponadto zbyt mała amplitudę oraz niewłaściwą
częstotliwość, aby zakłócić przepływ laminarny
wody przez usta któregokolwiek ze smoków.
Jeśli jednak nadciąga trzęsienie ziemi,
wówczas trzęsienie to wzbudza potężne
spiętrzenie fal telepatycznych ("chi"). Fale
te mają energię oraz częstotliwość do jakiej
komora antenowa została dostrojona. Amplituda
i energia owych fal skoncentrowana na
wlocie do rury która doprowadza wodę
do pyska określonego smoka jest wystarczająco
silna do zakłócenia "przepływu laminarnego"
wody, oraz do przemienienia tego przepływu
w tzw. przepływ burzliwy. Jak nauka
hydromechaniki nas uczy, przepływ burzliwy
formuje znacznie wyższe siły oporu i tarcia
niż przepływ laminarny. Stąd ów przepływ
burzliwy jest w stanie wyrzucić perłę z pyska
danego smoka. Perła wpada do pyska żaby
siedzącej poniżej. Z kolei owa żaba jest faktycznie
rodzajem głośnego spiżowego dzwonu. Stąd,
jeśli ciężka metalowa "perła" wpada do niego,
dzwon ten wydaje bardzo głośny sygnał alarmu
na zbliżające się trzęsienie ziemi. Stąd każdy
wie, że potężne trzęsienie ziemi nadchodzi,
każdy przygotowuje się więc na jego nadejście.
Ponieważ krzywizna komory antenowej
odbija fale telepatyczne jak wklęsle lustro z
powrotem w kierunku z którego one nadeszły,
pojedyncza perła która wypada z pyska
smoczego wskazuje także dokładny kierunek
z jakiego owo trzęsienie ziemi wkrótce nadejdzie.
Stąd urządzenie pokazane powyżej nie tylko że
informuje iż potężne trzęsienie ziemi właśnie
nadchodzi, ale także informuje z jakiego kierunku
ono wkrótce przybędzie (stąd także czy np.
jest ono w stanie wzbudzić fale tsunami,
obsuwiska ziemi, itp.).
Jeszcze bardziej precyzyjne opisy konstrukcji
i działania powyższego urządzenia znajdują
się w podrozdziale N6.1. z tomu 11 monografii
[1/4]. Z kolei informacje na temat fal telepatycznych
jakie dobrze jest poznać dla lepszego zrozumienia
działania tego urządzenia zawarte są w podrozdziale
H7.1 z tomu 4 monografii [1/4]. (Monografia [1/4]
dostępna jest nieodpłatnie za pośrednictwem
niniejszej strony internetowej.)
* * *
Opisany powyżej telepatyczny sejsmograf
wnosi możliwość uratowania od niechybnej
śmierci niezliczone liczby ludzi którzy żyją
na obszarach jakie w przyszłości dotknięte
zostaną gwałtownymi trzęsieniami ziemi.
Ponadto posiada on ogromny potencjał
komersyjny. Jeśli więc jego cena zdoła
zejść do poziomu dzisiejszych domowych
wykrywaczy dymu, niemal każda rodzina
będzie chciała go posiadać w swoim mieszkaniu.
Wszakże z wyprzedzeniem wystarczającym
dla skutecznej ucieczki, ostrzegał on ją będzie
przed ewentualnie nadchodzącym trzęsieniem
ziemi. Dlatego obecnie, kiedy jego prawdziwa
zasada działania jest już poznana, czas
abyśmy zakasali rękawy, przetłumaczyli tą
zasadę działania na dzisiejszy poziom
technologii, oraz podjęli seryjną produkcję
tysięcy takich urządzeń.
"Seismograf Zhang Henga" jest opisany w całym
szeregu źródeł. Niezależnie od powyższego opisu
omawia go również podrozdział N6.1 z tomu 11 monografii
[1/4],
jak również odrębna strona internetowa poświęcona
wyłącznie temu
sejsmografowi.
Ponadto, wyniki badań nad budową i zasadą działania
tego cudownego urzadzenia prezentowane były w moim
referacie na konferencję naukową ICST-2005. Referat
ten można sobie przeczytać pod adresem konferencji
ICST-2005.
#B2.
Techniczne cuda świata:
Ja osobiście wierzę, że na Ziemi ciągle
znajduje się cały szereg technicznych
cudów świata. Opisany powyżej "Zhang
Heng seismograph" jest tylko jednym z nich.
Przez cuda owe rozumiem już zbudowane
i sprawdzone w działaniu urządzenia
techniczne, jakich zasada działania znacząco
przekracza stan wiedzy, nauki i techniki
na Ziemi w czasach kiedy zostały one zbudowane.
Teoretycznie więc rzecz biorąc, ludzie powinni
być w stanie zbudować te urządzenia dopiero
w odległej przyszłości w stosunku do czasów
kiedy faktycznie się one pojawiły. Ich przedwczesne
pojawienie się na Ziemi jest więc dla nas
rodzajem znaku, na jaki powinniśmy zacząć
zwracać uwagę. Oto najważniejsze z owych
"technicznych cudów świata" o jakich istnieniu
do chwili obecnej zdołałem się już dowiedzieć:
#1.
Thesta-Distatica. Jest to
telekinetyczny generator darmowej energii.
Działający prototyp tego generatora znajduje się w
posiadaniu szwajcarskiej Komuny "Methernitha"
(po jego szersze opisy patrz podrozdział K2.3
z tomu 10 monografii [1/4]).
Wytwarza ona darmową energię elektryczną dosłownie
z niczego, poprzez pozyskiwanie, za pośrednictwem
zjawiska technicznej
telekinezy
(będącej odwrotnością dla zjawiska tarcia), energii
cieplnej zawartej w otoczeniu oraz zamienianie tej
energii w elektryczność.
#2.
Radio kryształkowe.
Jak to wyjaśniłem dokładnie w punktach #5 i #6.3 odrębnej strony internetowej o
ogniwach telekinetycznych,
ponad pół wieku temu na Ziemi produkowane
już były prymitywne prototypy
telekinetycznych generatorów darmowej energii.
Prototypy te nazywano "radiami kryształkowymi".
Działały one doskonale produkując darmową
elektryczność - tyle że w niewielkich ilościach.
Faktycznie to były one jedynymi urządzeniami
dotychczas produkowanymi masowo na Ziemi, które
nie wymagały żadnej baterii ani innego zasilania
w energię, a na przekór tego poprawnie wykonywały
swoją pracę. Czyniły to właśnie ponieważ zawierały
wbudowaną w siebie prymitywną wersję ogniwa
telekinetycznego opisywanego na odrębnej stronie o
ogniwach telekinetycznych.
Eksperci elektroniki wyjaśniają ów brak
potrzeby dla zewnętrznego zasilania w
energię w owych "radiach kryształkowych",
poprzez twierdzenie że jakoby owe radia
pobierały z anteny potrzebną im moc.
Jednak, ja nigdzie nie mogę znaleźć
opisów jakichkolwiek badań eksperymentalnych
które by raportowały o kimś kto faktycznie
pomierzył pobór mocy z anten owych
radioodbiorników, oraz wykazał że ów
pobór rzeczywiście pokrywa konsumpcję
energii jaka w nich ma miejsce.
Problem bowiem, na jaki staram się tutaj
zwrócić uwagę, polega na tym, że skoro
faktycznie nikt nigdy nie dokonał
eksperymentalnej weryfikacji iż radia
kryształkowe rzeczywiście pokrywają z
anteny swoje zapotrzebowanie na energię,
w praktyce mogą one równie dobrze działać
właśnie ponieważ ich obwody wyzwalały
zjawisko odwrotności tarcia które jest
podstawą działania ogniw telekinetycznych.
Tyle tylko, że eksperci elektroniki
po prostu nie zdają sobie sprawy
z tego ogromnie istotnego faktu.
Jest również dosyć znaczące, że poza
owymi "radiami kryształkowymi" nigdy
nie udało się zbudować jakichkolwiek
innych urządzeń elektronicznych które
by pokrywały swoje zużycie energii z
anteny.
Obecnie wystarczy jedynie aby owe stare prototypy
radioodbiorników kryształkowych odpowiednio
udoskonalić, a otrzyma się ogniwa telekinetyczne
pełnej wydajności i mocy. Do dzieła więc, bo
bez nich nasza cywilizacja pomału obumiera.
W punkcie #6 owej strony o
ogniwach telekinetycznych
zaproponowane zostało dokładnie, krok po kroku,
jak w najprostrzy oraz w najszybszy sposób
tak przetransformować "radio kryształkowe"
aby wypracować z jego obwodów konstrukcję
i działanie ogniwa telekinetycznego generującego
zatrzęsienie darmowej energii.
#3.
Mechanizm z Antikythera. Był to analogowy
komputer astronomiczny który umożliwiał wyznaczanie
położeń ciał niebieskich, daty zaciemnień, itp. Analizy
wskazują że przykładowo był on w stanie uwzględniać
niejednorodności w ruchu orbitalnym Księżyca z precyzją
większą niż wiele dzisiejszych programów komputerowych.
Komputer ten zbudowany był pomiędzy latami 100 a 150
BC, prawdopodobnie przez greckiego astronoma o nazwisku
Hipparchos z wyspy Rhodes. Miał on wymiary 33x16x10 cm.
Odkryto 30 kół zębatych z brązu z jakich się składał -
aczkolwiek uważa się w rzeczywistości posiadał ich co
najmniej o 7 więcej (część z nich zaginęła). W roku
1900 odkryto go we wreku starożytnego statku rzymskiego koło wyspy
Antikythera
(w połowie drogi pomiędzy Peloponnese a Crete). Na
początku listopada 2006 roku ukazał się na jego temat
artykuł w "Nature", który następnie był streszczony w
dwóch nowozelandzkich gazetach, mianowicie w artykule
"Ancient Greek computer yields its secrets" ze strony B3
nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z soboty (Saturday), December 2, 2006, a także
artykule "Ancient computer found on seabed" ze strony B4
nowozelandzkiej gazety
The New Zealand Herald,
wydanie datowane w piątek (Friday), December 1, 2006.
#4.
Wieczna lampka. Nieprzerwanie wytwarza ona
światło bez zużywania jakiejkowiek energii. Opisałem
ją w podrozdziale H6.1.3 monografii [1/4].
#5.
Arka Przymierza (ta z Biblii). Opisałem ją dokładniej
w podrozdziale S5 z tomu 14 monografii
[1/4].
Dostępne dane dokumentują że było to najważniejsze
urządzenie napędowe m.in. powodujące lewitowanie
dzisiejszych wehikułów UFO - to dlatego ową Arkę
nosili kiedyś tzw. "lewici". W dzisiejszych czasach
urządzenie to nazywane jest
komorą oscylacyjną.
#6.
Grzałka z Pakistanu. Miała ona kształt metalowej
amfory pustej w środku. Nieprzerwanie zagotowywała
ona wodę bez pobierania jakiejkolwiek energii. Została
zniszczona gdzieś w latach 1950-tych przez naukowca
angielskiego który ją rozciął aby zbadać co znajduje się
w jej środku (okazała się być pusta). Zasada działania
takich grzałek wynika ze zjawisk opisanych w podrozdziale
H6.1.3 z tomu 4 monografii
[1/5].
Według moich oszacowań, zasada ta była niemal identyczna
do zasady działania grzałki telekinetycznej opisanej na stronie
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Tyle że jej powierzchnie omywane gorącą i zimną wodą
dodatkowo były sprzężone zwrotnie poprzez oscylator
z jej rezonującymi elektrodami. Dlatego gorąca i zimna
woda która omywała te powierzchnie wyzwalała działanie
tzw. Efektu Seebeck'a, generując na tych powierzchniach
ładunek elektryczny potrzebny do zadziałania owej amfory.
Na dodatek do powyższego, analizowałem i osobiście
gwarantuje jako technicznie poprawne dwa następne
przekazy telepatyczne, które zalecają nam zbudowanie
dalszych takich cudownych urządzeń. Przekazy te są
opisane w podrozdzialach N2 i N5.1.1 monografii [1/4],
a także w odrębnych traktatach [7/2] i [7B]. Ponadto
dokonywałem także badań dalszych dwóch starożytnych
odpowiedników takich cudownych urządzeń,
przykładowo tzw. "kamienia filozoficznego",
oraz "orba" (czyli "jabłka monarszego").
Wyniki tych badań opublikowałem w rozdziale
S monografii [1/4].
Więcej informacji na temat powyższych i innych
niezwykłości zawarte zostało na stronach o
telepatii oraz o
Seismografie Zhang Henga.
#B3.
Tajemnicze
przekleństwo wynalazców
które prześladuje wszystkich twórczych ludzi, oraz jego ofiary w Nowej Zelandii:
Prawdopodobnie niemal każdy słyszał
o "przekleństwie faraonów". Zdaje się ono dopadać rzeczowych badaczy którzy
starają się odkryć i potwierdzić tajemnicę kosmicznego pochodzenia ludzkości
poprzez badania piramid i starożytnego Egiptu. Niektórzy zapewne są świadomi,
że istnieje również "przekleństwo Jagiellonów" które prześladuje archeologów w Polsce.
Ma ono tendencję do zabijania każdego kto stara się rzeczowo badać średniowieczny
okres w historii Polski, tj. okres czasu kiedy czarownice i "diabły" ciągle operowały
w sposób jawny, a także okres kiedy z mocarstwa europejskiego Polska została
zepchnięta do roli nic nie znaczącego kraiku jaki później został poddany
rozbiorom przez swoich sąsiadów. Jednak niemal nikt nie jest świadomym,
że na naszej planecie działa również takie coś jak "przekleństwo wynalazców".
Owo przekleństwo powoduje, że każdy wynalazca, który stara się dołożyć
coś ogromnie ważnego do dorobku naszej cywilizacji, zostaje ukarany na
setki skrytych sposobów, a często w końcu nawet zamordowany. Jako przykład
rozważ los Rudolfa Diesel (1858 - 1913), który opracował słynny silnik
Diesel'a. Był on prześladowany przez owo "przekleństwo wynalazców" przez
okres całego swojego życia, aż w końcu zniknął za burtą (tj. najprawdopodobniej
został przez kogoś wyrzucony za burtę) podczas żeglugi przez Kanał Angielski.
Jeśli ktoś czyta życiorysy znanych wynalazców, okazuje się wówczas, że
żaden z nich nie został ochroniony przed następstwami owego przekleństwa. Praktycznie
też żaden wynalazca nie odnosi korzyści ze swojego wynalazku, bez względu
na to jak wartościowy wynalazek ten by nie był. Także wielu z nich umiera w samotności,
opuszczeni przez wszystkich, w ubóstwie i brudzie, czasami zaś ich ciała
muszą leżec wiele dni zanim zostają przez kogoś odkryte. Jeśli istnieją
jakieś odstępstwa od owej zasady, te zwykle zawdzięczane są rodzinom
wynalazców, które to rodziny roztaczają nad nimi opiekę, a także
zawdzięczane są innym źródłom dochodów niż te pochodzące z samych wynalazków.
Stąd na przekór że praktycznie wszystko co nasza cywilizacja kiedykolwiek
osiągnęła zawdzięczane jest twórczości wynalazców, kiedy przychodzi do
spłacenia ich wysiłków, wynalazcy są oszukiwani i karani za dodawanie
swojej kontrybucji do rozwoju ludzkości. Oczywiście Nowa Zelandia -
podobnie jak cała reszta świata, posiada własny udział wynalazców, którzy
byli, lub ciągle są, prześladowani przez owo "przekleństwo wynalazców".
Ja postaram się wyszczególnić tutaj niektórych z nich:
(a) Richard Pearse z
Pleasant Point. Był on jednym z trzech ludzi którzy wynaleźli i zbudowali samolot
zupełnie niezależnie od siebie. Stało się tak ponieważ owo "przekleństwo
wynalazców" zmusiło aby samolot był wynajdowany co najmniej 3 razy, zanim
świat zdołał się dowiedzieć, że może on wogóle być zbudowany. Pierwszym
wynalazcą samolotu był geniusz techniczny polskiego pochodzenia pracujący
w carskiej Rosji, o nazwisku Aleksander F. Możajski. Jego losy
opisane są dokładnie na stronie
Aleksander Możajski
dostępnej przez "Menu 1". Samolot Możajskiego był oblatany z sukcesem
latem 1882 roku (znaczy 21 lat przed samolotem Braci Wright). Na nieszczęście,
jego technicznie wyrafinowany samolot został efektywnie zgnieciony przez
"biurokratów"
Rosji carskiej. Ilustracja "Rys. #B4", zreprodukowana ze starej rosyjskiej encyklopedii,
dokumentuje oficjalny pokaz lotu samolotu Możajskiego dla rządu carskiej
Rosji. Drugi wynalazca który zdołał zbudować i oblatać samolot był
Nowozelandczyk o nazwisku Richard Pearse (1877-1953). Jego samolot
dokonał pierwszego lotu w dniu 31 marca 1902 roku. Niestety, z powodu działania
owego "przekleństwa wynalazców", świat nigdy nie dowiedział się o budowie
i sukcesach tych dwóch pierwszych pionierow awiacji. Dopiero trzeci
lot zakończony sukcesem, jaki odbył się w dniu 17 grudnia 1903 roku,
tym razem na samolocie Braci Wright z USA, zdołał w końcu
przebić się przez hermetyczną blokadę jaką ta szatańska siła bez przerwy
nakłada na ludzkie strategiczne wynalazki. (Zauważ, że opisy tragicznego
losu Richard'a Pearse zawarte są w tomie 1 mojej monografii
[1/4]. Z kolei wszyscy troje wynalazcy samolotu opisani są w
podrozdziale O1 z tomu 12 monografii [1/4].)
W chwili obecnej pomnik wystawiony Richardowi Pearse oraz jego samolotowi
może być oglądnięty niedaleko od małego miasteczka zwanego Pleasant Point,
na Wyspie Południowej Nowej Zelandii (koło Timaru). Polecałbym oglądnięcie
tego pomnika, jako że otwiera on nasze oczy na gorzki fakt, że "coś nie jest
tak" z tymi wynalazkami i z losami wynalazców, a czego ludzie ciągle nie są
świadomi.
(b) Bruce Simpson z Tokoroa.
Wynalazł on i faktycznie zbudował efektywny, lekki, oraz prosty system napędowy,
który nazwał "cruise missile" czyli "pocisk cruise" (ja wierzę że użył tej
właśnie nazwy głównie z powodów propagandowych). Pechowo dla niego, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało jego szybkie bankructwo. Stąd nie jest on w stanie
odnosić korzyści ze swojego wynalazku. Oczywiście, owa krzykliwa nazwa jaką
nadał swojemu systemowi napędowemu nie pomogła mu ani w produkcji ani w
sprzedaży jego atrakcyjnego napędu. Nie dopomogło mu też, że na przekór nazwania
swojego wynalazku "cruise missile", faktycznie to zbudował on prosty i lekki
system napędowy generalnego użytku, jaki mógł być używany np. w lekkich
samolotach, jako pędniki bezpieczeństwa w szybowcach, a także do napędu
łodzi w wodzie pełnej trawy lub błota. Tajemniczy los jego wynalazku
oraz wymowny sposób na jaki sztucznie spowodowano jego bankructwo, były
prezentowane w programie telewizyjnym "Sunday", nadawanym na kanale 1
TVNZ, w niedzielę (Sunday), 25 kwietnia (April) 2004, godziny 7:30 do
8:30 wieczorem.
(c) Bruce DePalma z Waiatarua
(West Auckland). Wynalazł on efektywny generator nazywany "N-Machine", jaki
wykorzystuje odwrotność tarcia (telekinezę) do generowania darmowej elektryczności.
Skrótowy opis jego generatora zawiera podrozdział K2.2 z monografii [1/4].
Najbardziej kłoptliwy problem jego generatora, jaki prześladował DePalmę
przez wiele lat i jaki uniemożliwiał przemysłowe wykorzystanie jego wynalazku,
jest że generuje on bardzo wysokie natężenie, jednak niskie napięcie prądu. Niemniej
po latach badań, Bruce DePalma podobno znalazł rozwiązanie do swojego problemu
napięcia. Pechowo jednak, zanim zdołał urzeczywistnić to rozwiązanie w swoim
generatorze, niespodziewanie zmarł w nowozelandzkim szpitalu w czwartek dnia
2 października 1997 roku, w wyniku masywnego krwawienia wewnętrznego. Z nim
prawdopodobnie umarło również jego rozwiązanie dla problemu napięciowego.
Filmy upowszechniane w ostatnich czasach ilustrują, że właśnie takie masywne
krwawienie wewnętrzne jakie zabiło DePalmę, niezależnie od najróżniejszych
naturalnych przyczyn może również zostać zaindukowane technicznie przez użycie
broni która emituje potężną wiązkę dźwięków ultrasonicznych. Niemniej jest
publicznym sekretem, że pokojowo nastawiona Nowa Zelandia nie posiada broni
ultrasonicznej. Możemy jednak sobie wyobrazić, że UFOnauci posiadają taką broń
i byliby w stanie sekretnie ją użyć w Nowej Zelandii - jeśli zechcą kogoś tam zamordować.
Możemy sobie także łatwo wydedukować, że jeśli UFOnauci eksploatują ludzkość i starają
się powstrzymywać istotne techniczne wynalazki na Ziemi, wówczas mieliby oni
pilny motyw aby zamordować Bruce De Palma w sposób sekretny natychmiast po tym
jak znalazł on rozwiązanie dla swojego problemu napięciowego. Wszakże DePalma
miał zarówno determinację jak i środki aby skierować swój wynalazek do masowej
produkcji natychmiast po tym jak stałby się on gotowy do użycia. Więcej na temat
śmierci tego wynalazcy zawarte jest w podrozdziale A4 z [1/4].
(d) John Britten z Christchurch.
Był on prawdziwym geniuszem technicznym. Najbardziej znany jest z budowy swoich
słynnych super-motocykli (patrz zdjęcie po lewej). Motocyklom tym na wyścigach
nikt nie mógł dorównać. Ja miałem honor poznać go osobiście. Negocjowaliśmy
bowiem wspólne podjęcie budowy komory oscylacyjnej i magnokraftu - niestety
realizacja tych planów najpierw została odłożona z powodu mojego opuszczenia
Nowej Zelandii w poszukiwaniu chleba, potem zaś ucięta śmiercią Johna. John
zmarł nagle na raka w wieku około 45 lat w szczytowym okresie swojej twórczej
działalności wynalazczej. Można i powinno się zadawać pytanie, czy jego śmierć
była przypadkiem, czy też premedytowanym wynikiem działania "przekleństwa
wynalazców"?
(e)
Peter Daysh Davey z Christchurch. Wynalazł on
rewolucyjną grzałkę telekinetyczną. Zgodnie z
opowiadaniami grzałka ta miała wytwarzać wielokrotnie
więcej ciepła niż zużywała elektryczności - patrz "Rys. #B6"
poniżej. Pracowała więc niemal jak najnowocześniejsze
tzw. "pompy cieplne". Nasza cywilizacja desperacko
zaś potrzebuje tego typu urządzeń. Jednak wynalazca
ten tak był prześladowany przez
agentów opisywanego tutaj "przekleństwa wynalazców",
że jego grzałka do dzisiaj nie otrzymała oficjalnych
pozwoleń wymaganych aby wdrożyć ją do seryjnej
produkcji fabrycznej - i to na przekór że minęło już
rekordowe ponad 60 lat od chwili jej wynalezienia.
Więcej informacji na temat owej niezwykłej grzałki
oraz na temat szokujących losów jej wynalazcy,
zawarte zostało na odrębnej stronie internetowej
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Natomiast nieco więcej na temat samego Peter'a
Daysh Davey zawarte jest w punkcie #B3.1 poniżej.
Oczywiście, ja uważam siebie samego
również za ofiarę tego "przekleństwa wynalazców". Ja sam wynalazłem wszakże
tak wiele urządzeń i bez przerwy staram się zbudować przynajmniej jedno z nich.
Jednak bez przerwy coś niespodziewanego mi się przydarza, co niszczy owoce
moich wysiłków. Ja osobiście wyjaśniam te kłopoty za pomocą teorii niewidzialnej
okupacji Ziemi przez szatańskie istoty pasożytnicze, jakie są ogromnie zaawansowane
technicznie aż do punktu iż mogą czynić siebie całkowicie niewidzialnymi dla
ludzkich oczu. Jednocześnie jednak osiągnęły one samo dno moralnego upadku,
stąd żyją wyłącznie z rabunku innych cywilizacji. Istoty te rozciągają swoją
niewidzialną kontrolę nad wszystkim co się dzieje na Ziemi. Ich szatańskie
machinacje obejmują, między innymi, prześladowanie wszelkich ludzkich wynalazków
i karanie wszystkich ludzkich wynalazców którzy dopomagają ludzkości podnieść
naszą technikę do poziomu przy którym będziemy w stanie odnotować ich pasożytnicze
działania na Ziemi. Bardziej dokładnie opisałem owe szatańskie istoty na
stronach internetowych
evil_pl.htm,
ufo_pl.htm, oraz
bandits_pl.htm.
Jednak nawet jeśli ktoś nie podziela moich poglądów, ciągle poprzez zwykłe
ogarnięcie ogromnej liczby wynalazków jakie w niezwykły sposób są wytłumiane,
prześladowane, lub niszczone, ten ktoś musi przyznać, że "coś dziwnego jest
grane" oraz że ktoś lub coś w sposób zamierzony wytłumia istotne wynalazki
na Ziemi.
* * *
Odnotuj że owo "przekleństwo wynalazców"
jest omawiane z nawet większą liczbą szczegółów
na odrębnej stronie internetowej na temat
telekinetycznych ogniw.
Dlatego jeśli kogoś interesuje ów temat wówczas
być może powinien zaglądnąć na tamtą stronę.
Rys. #B2. (Rysunek 11 z monografii [6/2].)
Jeden z moich własnych wytłumionych wynalazków. Fotografia ta pokazuje
mnie (Dra Jana Pająka) trzymającego w rękach nową maszynę elektrostatyczną
Wimshurst'a, którą zakupiłem z zamiarem użycia jej jako inicjującego podzespołu
do budowy efektywnego urządzenia darmowej energii nazywanego "telekinetyczna
influenzmaschine". (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
W 1989 roku skompletowalem relatywnie szerokie badania tzw. "urządzeń darmowej energii".
Urządzenia te wykorzystują odwrotność tarcia do generowania darmowej elektryczności.
W taki sam sposób jak tarcie spontanicznie zamienia ruch na ciepło,
również urządzenia darmowej energii spontanicznie zamieniają energię
cieplną zawartą w swoim otoczeniu na ruch elektronów w przewodniku.
Stąd ochładzają one swoje otoczenie, podczas gdy równocześnie generują
one elektryczność dosłownie za darmo - znaczy bez potrzeby zasilania ich
w jakiekolwiek paliwo lub w jakąkolwiek inną formę energii. Ja sam wynalazłem
moje własne urządzenie darmowej energii, które w tomie 10 monografii [1/4]
opisane jest pod nazwą "bateria telekinetyczna". Zasada użyta w działaniu
owej baterii telekinetycznej wyjaśniona została na moich stronach internetowych o
"darmowej energii"
dostępnych poprzez "Menu 2" i "Menu 4" z tej strony. Ponadto rozpracowałem
wówczas również zasadę działania całej odmiennej klasy urządzeń darmowej
energii, jakie noszą ogólną nazwę "telekinetycznych influenzmaschine" (dla
przykładu, słynna "Thesta-Distatica" ze Szwajcarii, która w chwili obecnej jest
najbardziej doskonała ze wszystkich urządzeń darmowej energii zbudowanych
na naszej planecie, należy właśnie do klasy telekinetycznych influenzmaschine).
Potem zdecydowałem się zbudować owe urządzenia. Niestety, zaraz po tym jak
ukończyłem wykonywanie ich szczegółowych konstrukcji i zakupiłem podzespoły,
przez ogromnie dziwny "zbieg okoliczności" moi przełożeni z Uniwersytetu Otago
w Dunedin, Nowa Zelandia, zdecydowali się wyrzucić mnie z pracy. Tamta strata
pracy wykładowcy uniwersyteckiego uczyniła zupełnie niemożliwym skompletowanie
któregokolwiek z urządzeń darmowej energii jakie wynalazłem. Wszakże, w tak
przykrej sytuacji, znalezienie następnej pracy oraz przeżycie stało się moim
najważniejszym zadaniem. Ironicznie, ci sami administratorzy nauki którzy ubliżali
moim badaniom i aktywnie powstrzymywali mnie przed zbudowaniem moich
urządzeń darmowej energii, już wkrótce mogą doświadczyć borykania się z
zaciemnieniami prądu i z brakami energii, jako ze Nowa Zelandia właśnie zbliża
się do kryzysu energetycznego.
Powyższa fotografia pokazuje mnie
kiedy trzymam w ręku fabrycznie nową maszynę elektrostatyczną Wimshursta,
która jest głównym podzespołem dla konstruowania telekinetycznych influenzmaschine.
Tuż zaś za moimi plecami, na wysokosci moich łopatek, zgrupowanie budynków
kampusu Uniwersytetu Otago w Dunedin jest widoczne. Kiedyś miałem nadzieję
że zbuduję tam telekinetyczną influenzmaschine - niestety zostałem usunięty z
pracy zanim zdołałem osiągnąć ten cel. Proszę odnotować, że
zasady działania i konstrukcja baterii telekinetycznych mojego wynalazku,
a także telekinetycznych influenzmaschine (znaczy jeszcze jednej klasy
urządzeń darmowej energii do której to klasy należy słynna Thesta Distatica ze
Szwajcarii), jest omówione szczegółowo na mojej odmiennej stronie internetowej
jaka, między innymi, może być oglądana pod nazwą
darmowa energia
z "Menu 2" i "Menu 3".
Nieco dalej na widnokręgu, powyższa fotografia
pokazuje charakterystyczny stożkowy kształt miejscowego "Saddle Hill". Zgodnie z
legendami Maoryskimi, we wnętrzu owego wzgórza mieści się duża jaskinia którą
zajmuje "legowisko Taniwha'ry" - tak jak ono zostało opisane w pobliżu końca niniejszej
strony internetowej. Ja osobiście znam uprowadzonego do UFO, który twierdzi że został
uprowadzony do wehikułu UFO jaki zawisał we wnętrzu ogromnej jaskini podobno mającej
istnieć w środku owego wzgórza.
Rys. #B3. Wynalazek i wynalazca zniszczeni przez własnych rodaków.
Powyższa fotografia pokazuje pomnik wystawiony Richard'owi Pearse
oraz jego samolotowi. Pomnik ten wzniesiony został niedaleko małego
miasteczka "Pleasant Point" z Wyspy Południowej Nowej Zelandii.
Oznacza on miejsce w którym samolot Pearse'a z sukcesem został
wypróbowany w locie. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Na przekór ze Richard Pearse
zbudował i oblatał swój samolot na około rok
przed Braćmi Wright, owo "przekleństwo wynalazców" uniemożliwiło mu aby reszta
świata dowiedziała się o jego wynalazku. Z kolei napięcie psychiczne
i najróżniejsze prześladowania jakich doświadczył on wówczas od swoich
rodaków, którzy nazywali go "pomylonym Pearse" (tj. "Mad Pearse"),
spowodowały że Pearse zmarł w domu wariatów.
* * *
Rys. #B4. Pierwszy samolot na świecie zbudowany został i oblatany w carskiej Rosji latem
1882 roku (tj. na 21 lat przed Braćmi Wright). Pokazany on jest na powyższej ilustracji
zreprodukowanej ze starej rosyjskiej encyklopedii. Na nieszczęście, "przekleństwo
wynalazców" spowodowało, że świat nigdy nie dowiedział się o tym samolocie, podczas
gdy jego plany i prototyp gromadziły kurz w przepastnych archiwach carskiej Rosji.
Więcej danych o samolocie Możajskiego można znaleźć albo na stronie
Aleksander Możajski
z "Menu 1", albo też
na zupełnie odrębnej stronie poświęconej Możajskiemu, jaka to strona nosi nazwę
mozajski.htm.
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Ludzie zwykle nie są świadomi,
że zanim cały łańcuch korzystnych okoliczności
dopomógł aby świat dowiedział się o samolocie Braci Wright, samoloty były
wynajdowane, budowane i oblatywane przez trzech odmiennych wynalazców, którzy
nawzajem nie wiedzieli o swoim istnieniu. Owi wynalazcy to: Polak Aleksander F. Możajski
(z carskiej Rosji), Richard Pearse (z Nowej Zelandii), oraz Bracia Wright (z USA).
Rys. #B5. Od około 2004 roku, w najważniejszym muzeum
Nowej Zelandii zwanym "Te Papa", na 3-cim piętrze wystawiony
był ten super-motocykl skonstruowany przez nowozelandzkiego
geniusza technicznego o nazwisku John Britten. (Motocykl ten
ciągle był tam wystawiany w styczniu 2008 roku, kiedy to dokonywałem
kolejnej aktualizacji niniejszej strony.) Niestety, ów niezwykle dobrze
zapowiadający się wynalazca i konstruktor, niespodziewanie
zmarł na raka w 1995 roku, w środku najbardziej twórczego
okresu swego życia, w wieku około 45 lat. (Kliknij na to zdjęcie
aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Powinniśmy zadać sobie tutaj pytanie,
czy jego śmierć to czysty przypadek, czy też działanie owego "przekleństwa wynalazców"?
Jest mi bowiem wiadomo, że
UFOnauci
posiadają urządzenie do indukowania złośliwego raka u tych osób
na Ziemi, których chcą cichcem zgładzić. Urządzenie to demonstrowali bowiem
w działaniu uprowadzonemu jakiego osobiście badałem - po szczegóły patrz
podrozdział N5.2 w monografii [1/4]. Jest mi też wiadomo, że raka takiego
UFOnauci zaindukowali u kilku moich bliskich współpracowników - wykaz
zamordowanych w ten sposób ludzi jakich znałem zawarty jest w podrozdziale
A4 z monografii [1/4]. Wśród znajomych Johna Britten krążą też rumory,
że na krótko przed ujawnieniem się jego raka, John wynalazł efektywny
mechanizm bicia skrzydeł w budowanej przez siebie wersji "mięśniolotu".
Z kolei jest powszechną tajemnicą, że UFOnauci zdecydowanie starają się
zablokować na Ziemi rozwój wszelkich urządzeń latających, w tym mięśniolotów.
Czyżby więc UFOnauci uznali wynalazcę i budowniczego powyższego super-motocykla
za aż tak groźnego dla swoich okupacyjnych interesów na Ziemi, że go
sekretnie zgładzili?
* * *
Warto tutaj odnotować, że przykłady
wynalazków i wynalazców dotkniętych omawianym "przekleństwem wynalazców"
jakie wyszczególniłem na tej stronie, wcale nie wyczerpują ogromnego
oceanu podobnych przypadków. Dalsze takie przypadki omawiam na stronie
internetowej o "darmowej energii" oraz w podrozdziale A4 mojej monografii [1/4].
Przypadki jakie przedstawiłem tutaj są głównie nastawione na zilustrowanie:
(a) kategorii wynalazków jakie są zgniatane i prześladowane najbardziej
zaciekle, (b) rodzaju przeszkód jakie są wznoszone na drodze owych
wynalazków i wynalazców, oraz (c) sposobów na jakie wynalazcy są
karani przez ową
"mroczną moc"
której szatańska działalność kryje się za "przekleństwem wynalazców".
Jest łatwym do ustalenia,
że najbardziej surowo karani przez owo "przekleństwo wynalazców"
są ludzie którzy wynaleźli maszyny latające, jakiekolwiek rodzaje
silników, lub jakiekolwiek rodzaje urządzeń generujących energię.
To zaś wyraźnie demaskuje, że owa "mroczna moc" jaka kryje się
za tym przekleństwem, stara się zapobiec osiągnięciu przez ludzkość
zdolności do podróży międzygwiezdnych.
#B3.1.
Wynalazca którego warto poznać - czyli "rekordzista świata" którego paląco potrzebny wynalazek jest już blokowany przez ponad 60 lat (tj. przez ponad 2/3 długości jego życia):
Jeśli czytelnik znajdzie się w nowozelandzkim
mieście Christchurch, wówczas powinien
skontaktować się z ponad 92-letnim wynalazcą
z owego miasta, o nazwisku Peter Daysh Davey.
(Aby zobaczyć zdjęcie tego wynalazcy wykonane w 1990 roku -
kliknij na niniejszy zielony napis i patrz na starszego Pana z brodą
(ten drugi to ja - tj.
Dr Jan Pajak),
aby zobaczyć zdjęcie tej wersji jego grzałki
którą sfotografowałem około 1990 roku -
kliknij na niniejszy zielony napis (też tam widoczna moneta ma 32 mm średnicy),
natomiast aby oglądnąć rysunek konstrukcyjny tejże grzałki -
kliknij na niniejszy zielony napis.)
Wynalazca ten jest bowiem swoistym "rekordzistą świata"
i według mojego rozeznania powinien znaleźć
się w "Guiness Book of Records". Mianowicie
jeszcze podczas drugiej wojny światowej
(tj. w 1944 roku) wynalazł on ogromnie
potrzebną naszej cywilizacji grzałkę telekinetyczną.
Grzałka ta działa na opisywanej na
odrębnej stronie internetowej zasadzie
telekinetycznych urządzeń darmowej energii.
Niezwykłe losy tego wynalazcy i jego grzałki,
prześladowanych opisanym poprzednio
"przekleństwem wynalazcy", zaprezentowane
zostały na stronie
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Unikalną cechą omawianej grzałki jest, że
podobno posiada ona zdolność do generowania
aż kilkakrotnie większej ilości ciepła niż
wynosi jej zużycie elektryczności - gdyby więc
badania to potwierdziły grzałka ta mogłaby
wówczas dostarczać technicznej podstawy do
budowy termicznych "perpetum motion".
Grzałkę tą jej wynalazca opatentował oraz
zbudował jej działające prototypy. Niestety,
przez następnych ponad 60 lat ktoś systematycznie
uniemożliwiali mu wprowadzenie owej grzałki
do seryjnej produkcji. W środę dnia 30 stycznia
2008 roku kanał 1 telewizji nowozelandzkiej
pokazywał krótki reportaż (około 3 minuty) o
owym wynalazcy oraz o jego działającej
grzałce. Reportaż ten nadany został w
wiadomościach wieczornych niemal dokładnie
o godzinie 23:00. (Zapewne dysk DVD z
nagraniem owego reportażu daje się zakupić
od kanału 1 telewizji nowozelandzkiej.)
Jednocześnie lokalna gazeta nowozelandzka
z miasta Christchurch, o nazwie
The Press,
w swoim wydaniu ze środy (Wednesday),
January 30, 2008, opublikowała na stronie A13
artykuł pod tytułem "Sax notes lead to off-beat boiler"
(tj. "Nuty saksofonowe wiodą do nietypowej grzałki").
Artykuł ten informuje o istnieniu owej grzałki i jej
wynalazcy. Na początku lutego 2008 roku treść
tego artykułu była dostępna w Internecie pod adresem
http://www.stuff.co.nz/4379593a6530.html.
Pod owym adresem można wówczas też było kliknąć
na link "Watch audio slideshow of Peter Davey" który
otwierał krótki pokaz jaki demonstrował ową grzałkę
w działaniu. W dniu 30 stycznia 2008 roku wynalazca
tej niezwykłej grzałki obchodził właśnie swoje
92 urodziny. Jednocześnie jego walka
o pozwolenie na podjęcie produkcji fabrycznej
owej grzałki trwała już od rekordowych ponad 60 lat.
W owym krótkim reportażu z wiadomości telewizyjnych,
wynalazca ten ciągle wyrażał nadzieję że uda
mu się pokonać przeszkody i wdrożyć swoją
grzałkę do seryjnej produkcji. Jednocześnie
jednak do tego samego reportażu włączona
też została krytyczna wypowiedź jakiegoś
"eksperta-opiniodawcy" który na mnie
sprawił wrażenie wysoce zawiedzionego
że NIE jest w stanie stwierdzić iż owa grzałka
nie ma prawa działać. W reportażu zademonstrowano
bowiem że grzałka ta jednak działa i to natychmiast
po jej włożeniu do zimnej wody, zagotowując
tą wodę w czasie rzędu sekund.
Rys. #B6: Mr Peter Daysh Davey
demonstruje rewolucyjną
"grzałkę soniczną". Grzałka ta w dosyć
tajemniczych okolicznościach została
mu "zwrócona" na krótko przed wykonaniem
powyższego zdjęcia. Niezwykła historia
rewolucyjnego wynalazku grzałki Pana
Davey, wraz z historią tajemniczego
zwrócenia powyższej grzałki, opisana
została na odrębnej stronie internetowej
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
(Kliknij na powyższe zdjęcie aby
oglądnąć je w powiększeniu.)
Powyższe zdjęcie wykonałem w kilka dni po
92-gich urodzinach Pana Davey w dniu 30
stycznia 2008 roku. Wszystkie też fakty wskazują
na to, że tak sędziwy jego wiek jest wynikiem
picia natelekinetyzowanej wody wytwarzanej
właśnie przez omawianą tutaj grzałkę. Wszakże
Koncept Dipolarnej Grawitacji
informuje, że woda odpowiednio natelekinetyzowana
przez jakieś urządzenie telekinetyczne w rodzaju
omawianej tutaj grzałki, nabiera cech mitologicznej
wody życia dającej zdrowie i długie życie
wszelkim organizmom żywym. (Więcej na temat
"wody życia" wytwarzanej przez omawiana tutaj
grzałkę wyjaśnione zostało w punkcie #E6 strony
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.)
Moim osobistym zdaniem grzałka wynalazku
Peter'a Daysh Davey jest aż tak unikalna
i aż tak nowatorska, że gdyby to zależało odemnie,
ja umieściłbym jej egzemplarz na honorowym
miejscu w specjalnej sekcji zadedykowanej dla
nowozelandzkich wynalazców i naukowców z
Narodowego Muzeum Nowej Zelandii zwanego
Te Papa.
Mianowicie umieściłbym ją tam obok takich
eksponatów, jak pierwszy samolot nowozelandzkiego
wynalazcy o nazwisku Richard Pearse
(pokazany na zdjęciu z "Rys. #B3" powyżej),
czy pierwszy model atomu opracowany przez
nowozelandzkiego naukowca o nazwisku
Ernst Rutherford. Wszakże wszystkie
owe trzy wkłady cywilizacyjne, tj. grzałka Dave'a,
samolot Pearse'a, oraz model atomu Rutherford'a,
przechodziły przez podobne koleje losu, zaś
ich twórcy w czasach kiedy tworzyli swój rewolucyjny
dorobek doświadczali bardzo podobnego potraktowania
od innych Nowozelandczyków.
Grzałka ta tym bardziej zasługuje na jej umieszczenie
w muzeum, ponieważ tajemnicze okoliczności jej
"zwrócenia" sugerują, że tak naprawdę to jest ona
rodzajem "konia trojańskiego" podrzuconego
naszej cywilizacji przez UFOnautów aby nadal
blokować i opóźniać fabryczne wdrożenie przez
ludzi zaawansowanej technologii którą grzałka ta
reprezentuje. Innymi słowy, jedną z atrakcji pokazanego
tu modelu tej grzałki zapewne jest że został on
zbudowany przez kosmitów a nie przez ludzi -
po więcej szczegółów patrz w/w strona
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy.
Część C:
Niezwykłości Nowej Zelandii wynikające z nietypowej historii i kolei losów tego lądu:
#C1.
Brak rodzimych zwierząt lądowych:
Niemal każde państwo na świecie posiada
najróżniejsze miejscowe zwierzęta lądowe,
takie jak ssaki, węże, itp. Jednak nie Nowa
Zelandia. Miejscowe stworzenia Nowej Zelandii
głównie obejmują ptaki oraz kilka innych
gatunkow jakie mogły dostać się do Nowej
Zelandii za pośrednictwem podmuchów
wiatru, lub będąc uczepione do powierzchni
najróżniejszych obiektów jakie tam przypłynęły
niesione prądami oceanów. Oryginalnie
Nowa Zelandia nie miała więc ani węży,
ani ssaków, ani nawet ryb całkowicie
słodkowodnych. Oczywiście, to ma wiele
dobrych stron, bowiem w Nowej Zelandii
jak narazie nikt nie musi się bać np. węży.
Stąd scena taka jak ta pokazana na zdjęciu
z "Rys. #C1" narazie nie może się tam
zdarzyć. (Aczkolwiek najróżniejsi niszczycielscy
przemytnicy usilnie się starają aby przemycić
kilka jadowitych węży do Nowej Zelandii.)
Nowa Zelandia ukrywa jednak również i
naukową tajemnicę oraz rodzaj "paradoksu
fauny" wynikających z owego braku rodzimych
zwierząt lądowych. Mianowicie, dlaczego
Nowa Zelandia nie posiada owych miejscowych
zwierząt lądowych, na przekór że jest pełna
ich skamienielin?
Rys. #C1: Ogromny wąż dusiciel pyton uchwycony na zdjęciu
wkrótce po tym jak zadusił on człowieka - "tapper'a" i przystępował
do jego połknięcia. (Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
(Nazwa "tapper" przyporządkowana jest w Malezji
do osób które spuszczają żywicę z drzew kauczukowych - pochodzi
ona od angielskiego słowa "tap" czyli "spuszczać".) Powyższa fotografia
ilustrowała artykuł "Python kills tapper" (tj. "Pyton zadusił tapper'a")
jaki ukazał się na stronie 7 w Malezyjskiej gazecie
The Sun,
wydanie datowane 6 września (September) 1996 roku. W czasie
kiedy owo zaduszenie człowieka przez ogromnego węża miało
miejsce w Malezji, ja właśnie przebywałem w tamtym kraju. Przez
więc spory czas owo zdjęcie odbierało mi smak na wybieranie się
na wycieczki do tropikalnej dżungli, co przed tym nieszczęśliwym
zdarzeniem było jednym z bardziej moich ulubionych zajęć ruchowych.
Wcale nie odstraszało mnie wówczas, że tropikalna dżungla w Malezji
jest pełna niebezpiecznych zwierząt. Oprócz węży dusicieli, takich jak
ten pokazany powyżej, żyją tam wszakże dzikie tygrysy i dzikie słonie,
ogromne mordercze krokodyle, silne i agresywne małpy (orangutany),
szerszenie i skorpiony których jedno ukąszenie zabija, a także całe
zatrzęsienie najróżniejszych jadowitych węży, ze wszystkimi odmianami
słynnej kobry na czele. Praktycznie też w tropikalnej dżungli wszystko
gryzie, drapie, rozcina, albo rani - niebezpiecznie jest tam więc dotykać
czegokolwiek. Odnotuj że powyższe zdjęcie pokazuję także na stronie
predators_pl.htm.
#C2.
Niedawne całkowite zatopienie Nowej Zelandii:
Wyjaśnienie dla owego "paradoksu fauny"
oraz tajemnicy naukowej Nowej Zelandii,
czyli dla braku w niej rodzimych zwierząt
lądowych na przekór istnienia tam skamienielin
tych zwierząt, dostarczyły moje "hobbystyczne"
badania. Mianowicie, zgodnie z moimi
badaniami, paradoks ten wynika z faktu że Nowa
Zelandia najpierw okolo 23 000 lat temu
została całkowicie zatopiona w oceanie,
potem zaś około 13 500 lat temu wyłoniła
się ponownie z dna oceanu. Wszystkie
więc miejscowe zwierzęta lądowe zostały
w niej potopione. Tak właśnie twierdzą
też legendy miejscowych Maorysów.
Na to wskazuje znaczna ilość materiału
dowodowego obecnego w Nowej Zelandii
(np. wyjątkowo "ubita gleba", cieniutka
warstewka czarnej gleby, zaokraglone
kanty każdej dużej skały, itp.)
To także jest sugerowane przez alternatywną
historię Nowej Zelandii, jaką ja opracowałem
w wyniku swoich badań i jaką opisałem
w podrozdziale V3 monografii
[1/4].
Jednak, oczywiście, wcale nie pokrywa
się ona z tym co ortodoksyjni naukowcy
Nowej Zelandii uparcie twierdzą - jako
przykład ich upartych zaprzeczeń, patrz
artykuł zatytułowany "NZ was never
underwater say scientists" (tj. "NZ nigdy
nie była pod wodą twierdzą naukowcy)
opublikowany na stronie A5 nowozelandzkiej
gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku (Tuesday), dnia 15 stycznia (January 15), 2008 roku.
(W owym artykule jakiś naukowiec argumentuje,
że niemożliwość zanurzenia NZ pod ocean
jest potwierdzana przez obecność jaszczura
"tuatara" w Nowej Zelandii, a także przez molekularne
datowanie pyłku z "kauri" które
wykazuje że nowozelandzkie i australijskie
kauri wyodrębniły się od siebie już jakieś
40 do 90 milionów lat temu. Jednak owi
naukowcy nie uwaględniają w swoich
badaniach owych "fluktuacji czasu" opisywanych
w punktach #F1 i #F2 strony internetowej o eksplozji Tapanui,
które to fluktuacje mogły przenieść na trwałe
do naszych czasów niektóre gatunki fauny i
flory z czasów poprzedzających zatopienie NZ
w oceanie.) Z tego powodu prawdopodobnie
czytelnik powinien poznać ową alternatywną historię
Nowej Zelandii i porównać ją z materiałem
dowodowym obecnym w Nowej Zelandii,
takim jak przykładowo: (1) bardzo cienka
warstewka czarnej gleby, (2) pozaokrąglane
krawędzie miejscowych gór, wysoce (3)
sprężona i ubita gleba, itd., itp. Prawdopodobnie
pewnego dnia stanie się możliwym udowodnienie,
że ortodoksyjna historia Nowej Zelandii jest
jedynie życzeniem ortodoksyjnych naukowców,
podczas gdy naprawdę prawdziwa jest owa
alternatywna historia. To przywróciłoby
znaczenie legendom Maorysów, którzy
starają się nam przekazać ową alternatywną
historię przez całe lata, tyle że miejscowi
naukowcy nie bardzo są gotowi udzielić jej
należnej uwagi.
Część D:
Efekty działania nadprzyrodzonego w Nowej Zelandii:
#D1.
Kamień który swoją nadprzyrodzoną wędrówką dowodzi błędności dzisiejszej fizyki:
Motto:
"Prawdziwe życie swoje, a naukowcy swoje."
Jeśli wierzyć samozadufanym twierdzeniom
niektórych dzisiejszych fizyków, we wszechświecie
jakoby nie ma "nadprzyrodzonego". Według
nich wszystko co nas dotyka, to wyłącznie
działanie już poznanych praw fizyki. Jeśli jednak
rozglądnąć się uważnie dookoła, wówczas
szokuje jak wiele nadprzyrodzonego bez
przerwy ludziom się ujawnia, tyle że fizycy
z uporem przedszkolaków udają że problem
rzeczowego badania nadprzyrodzoności
wcale nie istnieje. W punkcie #F1 odrębnej
strony internetowej
biblia.htm - o Biblii autoryzowanej przez samego Boga
wyszczególniłem długą listę doskonale znanych
fizykom zjawisk, które bezpośrednio dowodzą
istnienia nadprzyrodzoności. Znaczy dowodzą
one np. istnienia Boga, innego świata, nieśmiertelnej
duszy ludzkiej, itp. Na niektórych z owych zjawisk
oparte nawet zostały już istniejące formalne dowody
naukowe na istnienie Boga, duszy, innego świata,
na stworzenie pierwszej pary ludzi przez Boga, itp.
(Dla zapoznania się z owymi naukowymi dowodami
na faktyczne istnienie nadprzyrodzoności proponuję
zajrzeć np. do stron internetowych
god_pl.htm - o naukowym i świeckim wyjaśnieniu istoty Boga,
dipolar_gravity_pl.htm - o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki,
nirvana_pl.htm - o ignorowanym przez dzisiejszą naukę zjawisku nirwany, oraz
evolution_pl.htm - o ewolucji w świetle "teorii wszystkiego" zwanej Konceptem Dipolarnej Grawitacji.)
Do wszystkich tamtych dowodów na istnienie nadprzyrodzoności,
w niniejszym opisie dodam jeszcze jeden materiał dowodowy.
Mianowicie wskażę tu przykłady kamieni odkrywanych
na Ziemi, które to kamienie wykazują nadprzyrodzoną
zdolność do odbywania inteligentnych wędrówek.
Ponieważ zgodnie ze stwierdzeniami dzisiejszej fizyki,
kamienie same nie mają prawa inteligentnie zmieniać
swojego położenia, rosnąca ilość materiału dowodowego
na temat tych nadprzyrodzonych kamieni posiada
jednoznaczną wymowę. Mianowicie istnienie takich
inteligentnie przemieszczających się kamieni jest
jeszcze jednym dowodem na błędność stwierdzeń
i fundamentów naukowych dzisiejszej fizyki. Dowód
ten dodaje się do całej gamy innych podobnych
dowodów na kompletną błędność dotychczasowej
fizyki ziemskiej, które już od dawna wskazywane
nam są przez tzw.
teorię wszystkiego zwaną
Konceptem Dipolarnej Grawitacji.
Pierwszy kamień o którym się dowiedziałem że
posiada on nadprzyrodzoną zdolność do odbywania
inteligentnej wędrówki badałem osobiście już
około 1990 roku. Był to spory kamień istniejący
koło miejscowości Atiamuri na Wyspie
Północnej Nowej Zelandii. Pokazuje go zdjęcie
z "Rys. #D1" poniżej. Jest on otoczony
licznymi legendami. Jest także przedmiotem
kultu dla miejscowych Maorysów. Maorysi ci
modlą się do owego kamienia, oraz składają
mu liczne ofiary. W ten sposób Maorysi przekazują
temu kamieniowi unikalną formę inteligentnej
energii przez Chińczyków zwanej "chi", zaś przez
Koncept Dipolarnej Grawitacji
nazywanej "energią moralną" albo "zwow".
Dzięki zapasowi owej inteligentnej energii
zgromadzonemu w sobie, kamień z Atiamuri
jest w stanie odwzajemniać modły Maorysów
poprzez dokonywanie licznych uzdrowień
oraz poprzez przynoszenie szczęścia tym
co o nie proszą. Ja swego czasu badałem
fizykalnie kamień z Atiamuri, oraz stwierdziłem
że wykazuje on dosyć niezwykłe cechy.
Dla przykładu zdaje on się wydzielać jakiś
rodzaj promieniowania. Kiedy bowiem
umieściłem na nim film do fotografii
Roentgenowskich, ów film pokazał potem
dziwne naświetlone wzory. Kamień ten jest także
namagnesowany (jego namagnesowanie
daje się wykryć za pomocą zwykłego kompasu).
Najbardziej jednak nadprzyrodzoną cechą kamienia
z Atiamuri jest, że zgodnie z miejscowym
folklorem kamień ten ma odbywać "wędrówki".
Miejscowi ludzie twierdzą, że w przeszłości
był on odsuwany od krawędzi szosy, ponieważ
w swojej normalnej lokacji wprowadza on dosyć
poważne niebezpieczeństwo dla przejeżdżających
samochodów. Co jakiś bowiem czas rozbija się
na nim samochód zaś pasażerowie czasami nawet tracą życie.
Jednak po przesunięciu, kamień ten sam powracał
na swoje poprzednie miejsce. Podobno z
powodu jego wędrówek, w oficjalnej dokumentacji
tamtej szosy widnieje on w zupełnie innym
miejscu niż faktycznie znajduje się on w rzeczywistości.
Powodem ma być brak odważnego managera
który by się podpisał pod oficjalnie naniesionymi
poprawkami w dokumentacji tamtej drogi stwierdzającymi
że kamień ten sam powrócił na swoje ulubione
miejsce. Ludzie twierdzą także, że kamień ten
okresowo zmienia kształt owej dziury w swoim
boku (w dziurę tą składane są ofiary Maorysów).
Owa dziura podobno jednym razem jest całkowicie
okrągła, innym zaś razem wydłużona jak muszla
małży.
Wyjaśnienia dla mechanizmu pozwalającego
kamieniom na wędrowanie dostarcza "teoria
wszystkiego" zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji.
Zgodnie z nią, we wszechświecie istnieje inteligentny
rodzaj energii, przez Chińczyków nazywanej "chi",
zaś przez ów Koncept Dipolarnej Grawitacji zwanej
"zwow" albo "energia moralna". Owa inteligentna
energia ma to do siebie, że wypełnia one inteligentne
nakazy myślowe. To właśnie ową energię
osoby uprawiające "kung fu" są w stanie skierować
np. na pręt stalowy który uderzają swoją głową i
nakazać jej aby ta rozbiła ów pręt w drobny proszek.
To także owa inteligentna energia powoduje że tzw.
feng shui
faktycznie działa w praktyce. (O działaniu "feng
shui" można sobie poczytać m.in. w punkcie #19 strony
wroclaw.htm - o mieście Wrocław,
oraz w punkcie #B1 strony
wszewilki_jutra.htm - o marzeniach lepszej przyszłości dla wsi Wszewilki.)
Ponieważ zgodnie z owym Konceptem
Dipolarnej Grawitacji wszelkie obiekty kultu
otrzymują od modlących się do nich ludzi porcje
owej inteligentnej energii, takie obiekty są też
w stanie nakazać posiadanej przez siebie energii
wykonanie jakichś specyficznych działań fizycznych.
To właśnie dlatego wszelkie obiekty czyjegoś
kultu, takie jak ów kamień z Atiamuri, czy też
jak owe słynne drzewa i kamienie które w
Malezji nazywane są Datuk,
są zdolne do nadprzyrodzonego powodowania
inteligentnych manifestacji fizykalnych.
Przykład takiego nadprzyrodzonego drzewa
"datuk" zilustrowany został i opisany na stronie
internetowej
ufo_pl.htm - o pochodzeniu UFOnautów(kliknij na niniejszy zielony napis aby je zobaczyć).
Owe malazyjskie drzewa i kamienie "Datuk"
uzdrawiają i pomagają lokalnym ludziom,
dokonują cudów, drzew "datuk" nie daje się
wyciąć, itp. Posiadanie podobnych nadprzyrodzonych
mocy wykazują też słupy totemowe z Borneo,
o których to słupach piszę w podrozdziałach
I6.7 oraz I5.1 z tomu 5 monografii
[1/5].
Owe słupy totemowe z Borneo nie dadzą się
fotografować, same karzą tych co nie są im
posłuszni, a ponadto potrafią uzdrawiać i
wypełniać życzenia tych co do nich się modlą.
W przeszłości miałem także okazję osobistego
doświadczenia nadprzyrodzonych mocy krzyżackiej
figury Matki Boskiej która kiedyś istniała w Polsce w
zamku z Malborka,
a która dała się poznać z antypolskiego działania.
Tamten posąg krzyżackiej Matki Boskiej
z Malborka jest znany m.in. z historycznie
dobrze udokumentowanego faktu, że polskie
działo którym chciano go zniszczyć zwyczajnie
eksplodowało - co udokumentowane
zostało na stronie o
zamku w Malborku.
Ponadto posąg ten posiadał przywiązaną do
siebie antypolską przepowiednię która wypełniła
się kiedy posąg ten został nadprzyrodzenie
zniszczony jakąś tajemniczą eksplozją. (Na
przekór owej antypolskiej przepowiedni oraz
antypolskiego działania owego posągu, ciągle
istnieją nierozważni Polacy którzy chcą odbudować
ten krzyżacki posąg o nadprzyrodzonych mocach -
po szczegóły patrz strona o
zamku w Malborku
oraz strona fundacji
Mater Dei
jaka to fundacja właśnie chce go odbudować.)
Na temat takich właśnie obiektów kultu obdarzonych
nadprzyrodzonością, owa "teoria wszystkiego" zwana
Konceptem Dipolarnej Grawitacji
nie tylko dostarcza wyjaśnienie dla ich działania,
ale również udziela nam zdecydowanego ostrzeżenia.
Mianowicie, sama natura owych obiektów, ich
niedoskonałość intelektualna, a także mechanizm
za pośrednictwem którego dokonują one swoich
nadprzyrodzonych działań, są dalekie od doskonałości.
Dlatego takie obiekty, podobnie jak narowiste konie,
mają swoje "zagrania", nie używają racjonalnie swoich
mocy, potrafią kogoś lubić lub nieznosić, są stronnicze,
mogą się mścić, często działają w sposób mechaniczny,
oraz są dalekie od poczucia sprawiedliwości. Na przekór
więc że niektórym ludziom potrafią one oddać jakąś
przysługę, generalnie to trzeba na nie bardzo uważać,
bo są one w stanie wyrządzić również wiele zła. Stąd
modlenie się do nich, oraz wynikające z tego modlenia
się przekazywanie im swojej energii moralnej, jest
jakby dawaniem boskiej mocy kapryśnemu dziecku.
To właśnie dlatego istnieją religie które ostrzegają
np. przed modleniem się do "złotego cielca", lub
przed modleniem się do obrazów. Przykładem
takiego obiektu kultu który swoją stronniczością,
kapryśnością, oraz brakiem poczucia sprawiedliwości
wyrządził Polakom wiele zła, jest korzyżacki posąg
Madonny z
zamku w Malborku
opisywany poprzednio.
O kolejnym dużym kamieniu który w nadprzyrodzony
sposób sam sobie wychodzi na spacer dowiedziałem
się z artykułu "Land where spirits still rule" (tj. "Ziemia
gdzie duchy ciągle rządzą") ze strony D1 gazety
"The New Zealand Herald",
wydanie datowane we wtorek (Tuesday), January
29, 2008. Artykuł ten opisuje nadprzyrodzone wędrówki
brązowego kamienia o wielkości typowego samochodu,
a nazywanego lokalnie "A spirit stone", którego każdy
może sobie oglądnąć jak leży tuż przy nowej "freeway"
wiodącej z Port-Moresby w Papua New Guinea aż do
brzegu morza. Oto dosłowne cytowanie z owego artykułu
w moim znaczeniowym tłumaczeniu: "Kiedy wyrąbywali
drogę przez niniejsze miejsce, odkryli że ów kamień był
zbyt twardy aby go rozłupać dlatego załadowali go na
ciężarówkę, zwieźli w dół do zatoki, oraz wrzucili go do
morza. Jednak następnego ranka był on spowrotem na
swoim miejscu. Tak stało się aż trzy razy. Wrzucali ten
kamień do zatoki jednak nocą on powracał, w końcu więc
pozostawili go tutaj."
(W oryginale angielskojęzycznym: "When they cut the
road through here, they found this stone was too hard
to break up so they put it on a truck, took it down to the
harbour, and dropped it in the sea. But the next morning
it was back here again. That happened three times.
They dropped the stone in the harbour but overnight
it returned, so finally they left it here.")
Nowa Zelandia i Papua New Guinea nie
są jedynymi krajami na Ziemi w których
kamienie w nadprzyrodzony sposób same
zmieniają swoje pozycje. Innym takim miejscem,
dosyć nawet sławnym, jest wysuszone dno
jeziora zwane "Racetrack Playa", a położone
w tzw. "Death Valley National Park", California,
USA. Po płaskim jak stół wysuszonym błocie
tego dna jeziora przemieszczają się kamienie zwane
Sliding Rocks of Racetrack Playa.
W 2007 roku dosyć dobrze ilustrowany artykuł
na ich temat dostępny był w Internecie pod adresem
http://geology.com/articles/racetrack-playa-sliding-rocks.shtml.
Ciekawe że ortodoksyjna nauka ziemska
wprawdzie mnoży najróżniejsze hipotezy
i teorie które starają się wyjaśnić jak owe
kamienie się przemieszczają bez udziału
nadprzyrodzonego. Jednak nauka
ta nie jest w stanie potwierdzić empirycznie
poprawności żadnej z owych teorii i hipotez.
Chociaż więc wielu dzisiejszych naukowców
jest tak zawziętymi ateistami i niedowiarkami,
że raczej by dało się "ukamieniować" niż
by otwarcie przyznało że kamieniami tymi
poruszają jakieś nadprzyrodzone moce,
faktycznie istnienie owych mocy jest
jedynym racjonalnym wyjaśnieniem dla
tego co naprawdę się tam dzieje.
Tematyka niniejszej krótkiej strony nie pozwala
mi na dokładniejsze wyjaśnianie mechanizmów
które pozwalają aby "nadprzyrodzone" mogło
czasami fizykalnie manifestować swoją obecność.
Jednak mechanizmy takie wyjaśniam dokładniej
na całym szeregu innych stron internetowych
totalizmu.
Tym więc czytelnikom którzy zechcą się
dowiedzieć: (1) dlaczego dzisiejsza fizyka
zawiera podstawowy błąd już w sformułowaniu
swoich fundamentów który to błąd czyni ją ślepą
na fizykalne manifestacje nadprzyrodzoności
(tj. błąd ten polega na przyjęciu przez naukę błędnego
założenia że pole grawitacyjne jest tzw. "polem
monopolarnym"), (2) jak błąd ten daje się naprawić
(tj. proste naprawienie owego błędu polega na
uznaniu że pole grawitacyjne jest tzw. "polem
dipolarnym" - czyli na uznaniu stwierdzeń Konceptu
Dipolarnej Grawitacji), oraz (3) jakie nadprzyrodzone
zjawiska daje się łatwo wyjaśnić po naprawieniu
tego błędu (tj. że Koncept Dipolarnej Grawitacji
dostarcza wyjaśnienia dla praktycznie wszystkiego
czego oficjalna nauka ziemska dotychczas nie
potrafiła wyjaśnić), proponuję zaglądnąć do
następujących totaliztycznych stron internetowych:
dipolar_gravity_pl.htm - o "teorii wszystkiego" która naprawia błędy i niedoskonałości dzisiejszej fizyki,
malbork.htm - o nadprzyrodzonych zjawiskach z zamku w Malborku,
timevehicle_pl.htm - o naturze czasu i o podróżach w czasie, oraz
telepathy_pl.htm - o wykorzystaniu zjawisk odrębnego świata w którym mieszka Bóg do zrealizowania nieskończenie szybkiej komunikacji telepatycznej.
* * *
Rys. #D1: Kamień który posiada nadprzyrodzoną
zdolność do dokonywania inteligentnej wędrówki.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Oto ja, dr inż. Jan Pająk,
zaś przez okres 2007 roku -
Prof. dr inż. Jan Pająk,
przy "chodzącym" kamieniu z Atiamuri.
(Kliknij na to zjęcie aby je ogądąć w powiększeniu.)
Kamień ten leży tuż przy krawędzi dosyć
ruchliwej szosy. Wprowadza on znaczne
ryzyko dla ruchu po tej szosie, jako że od
czasu do czasu rozbijają się na nim
samochody i giną ludzie. Nie można go
jednak usunąć, bowiem jest on "świętym
kamieniem" i przedmiotem kultu lokalnych
Maorysów. Dokonuje on dla nich wielu cudów,
podobnie jak czynią to święte drzewa i kamienie
zwane
Datuk
z Malezji (opisywane i pokazane w punkcie
#21 strony "ufo_pl.htm"), słupy totemowe z
Borneo, czy zwykł kiedyś dokonywać posążek
Maryi
z Malborka. Dlatego co jakiś czas ponawiane
są próby przeniesienia tego kamienia w
miejsce nieco odleglejsze od szosy.
Zgodnie jednak z lokalnym folklorem,
po każdym takim przeniesieniu, kamień
ten ma zwyczaj wybierania się na
przechadzkę, wracając z powrotem
na swe stare miejsce. Kiedy badałem
ów kamień około 1990 roku, emitował
on jakieś dziwne promieniowanie
rejestrowalne na filmie fotograficznym.
Wykazywał też spore namagnesowanie
jakie było na tyle silne, że dawało się
wykryć zwyczajnym kompasem.
#D2.
Fluktuacje czasu które w Nowej Zelandii powodują zmiany konfiguracyjne odnotowywalne tylko dla przyjezdnych z dalekich stron:
W Nowej Zelandii na porządku dziennym
są niezwykłe "fluktuacje czasu" opisywane
dokładniej w punktach #C6 do #C6.1 strony
internetowej
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
Powodem owych częstych w Nowej Zelandii
naturalnych fluktuacji czasu jest
eksplozja wehikułu czasu koło miasteczka Tapanui,
która miała tam miejsce w 1178 roku. Eksplozja
ta opisana jest dokładniej w punkcie #H1 do #H4
tej strony, a także na odrębnej poświęconej jej
stronie
tapanui_pl.htm - o eksplozji wehikułu czasu koło Tapanui.
Fluktuacje czasu są to rodzaje lokalnych zafalowań
tzw. "przestrzeni czasowej". (Owa "przestrzeń
czasowa" jest to rodzaj tworu softwarowego
opisywanego dokładniej na stronach
dipolar_gravity_pl.htm - o Koncepcie Dipolarnej Grawitacji, oraz
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
"Przestrzeń czasowa" obejmuje w sobie modele
softwarowe wszystkich obiektów (i ich losów) jakie
istnieją w całym wszechświecie we wszystkich
czasach prze które wszechświat ten przechodzi.
"Przestrzeni czasowej" nie powinno się mylić z
ideą "czasoprzestrzeni" używanej przez dzisiejszą fizykę.)
Efektem tych zafalowań przestrzeni czasowej jest,
że dla ludzi czy obiektów które zostały nimi objęte,
czas cofa się do tyłu, zaś ich cała historia powtarza
się od nowa już w nowym przebiegu ich czasu.
W nowym zaś nowym przebiegu ich czasu, ich
historia może już stać się nieco odmienna niż była ona
w poprzednim przebiegu czasu. Przykładowo, jeśli
takim zafalowaniem czasu objęty jest budynek, w
nowym przebiegu czasu architekt który zaplanował
ten budynek może już zaprojektować go zupełnie
inaczej, albo nawet może wystawić go w zupełnie innym
miejscu. Z kolei ludzie w nowym przebiegu czasu
mogą poślubić już kogoś innego, pracować w innym
miejscu, itp. Oczywiście ludzie objęci owymi fluktuacjami
czasu nie mają pojęcia że ich doświadczyli, bowiem
cała ich historia z poprzedniego przebiegu czasu jest
z ich pamięci automatycznie wymazywana - tak jak to
wyjaśnia punkt #B1.1 ze strony
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
Jednak inni ludzie którzy ich odwiedzą przybywając z
obszaru poza taką lokalną fluktuacją czasu, będą
pamiętali jak było poprzednio i będą zaskoczeni
zmianami które ujrzą. Niestety, przy dzisiejszym
stanie naszej wiedzy, my wierzymy jedynie w omylność
naszej pamięci, natomiast uważamy że to co się stało
w przeszłości nie może już zostać zmienione.
Dlatego typowo, każdy kto w życiu odnotuje jakieś
zmiany spowodowane taką fluktuacją czasu, uważa
że to jego własna pamięć płata mu figle i natychmiast
zapomina o całej sprawie.
Ja osobiście zgromadziłem sporą liczbę obserwacji
podczas których ja sam przeżywałem takie fluktuacje
czasu - czasami nawet w obecności innych osób.
Najważniejsze z tych analizowanych przez siebie
przypadków opisałem w punktach #C6 do #C6.1,
oraz w punkcie #C8.1, ze strony
timevehicle_pl.htm - o wehikułach czasu.
Największą liczbę takich naturalnych fluktuacji czasu
odnotowałem w Nowej Zelandii. Osobiście nawet uważam,
że Nowa Zelandia bije wszelkie światowe rekordy pod względem
częstości i powszechności tego niezwyklego zjawiska.
Przykładowo w Nowej Zelandii istnieją obszary, gdzie
takie fluktuacje czasu są niemal chroniczne i pojawiają
się tam nie rzadziej niż co dwa lata. Jednym z takich
obszarów jest miasteczko Oamaru, innym zaś miejscowość
Ealing, leżące na Highway 1, pomiędzy Christchurch i
Dunedin. Przykładowo, niemal za każdym razem kiedy
z daleka przybywam do Oamaru, widzę odmienną
konfigurację wieży pokazanej poniżej na "Rys. #D2".
Często też zmienia się tam konfiguracja skał wiodących
do punktu obserwacyjnego migracji pingwinów. Z kolei
w okolicach Ealings, szosę "Highway 1" przecina linia
wysokiego napięcia. Linia ta niemal za każdym razem
przecina ową szosę w innym miejscu. Raz nawet
odnotowałem ją przed ową miejscowością (tj. po tej
stronie od Ealings, po której leży Christchurch). Typowo
jednak linia ta przecina szosę po stronie Dunedin od
Ealings. Inne miejsca które podlegają okresowym
fluktuacjom czasu, obejmują małe wysepki skalnej
lawy znajdujące się tuż przy Lawyers Head w Dunedin,
oraz wodospad z punktem widokowym, znajdujący
się niedaleko Nelson, przy trasie z Christchurch do
Nelson poprzez Lewis Pass. Jeszcze innym zmieniającym
się tak kształtem jest otwór w kamieniu z "Rys. #D1" powyżej.
Tego typu zmieniających się konfiguracji jest jednak
w Nowej Zelandii zadziwiająco dużo. Tyle że wypunktowanie
położenia i zmian kształtu ich wszystkich na niniejszej
niewielkiej stronie zajęłoby zbyt wiele miejsca.
Jeśli dany obszar podlega takim lokalnym fluktuacjom
czasu, wówczas fluktuacje te pojawiają się tam w dosyć
regularny sposób. Dlatego jeśli czytelnik odnotuje jedno
z takich miejsc, cechujące się tym że po przybyciu do
niego z dalekich stron jego uprzednia konfiguracja uległa
zmianie, wówczas proponuję czytelnikowi aby je zapamiętał
oraz dokładniej oglądnął po następnym tam przybyciu z
daleka.
Naturalne fluktuacje czasu, które w Nowej Zelandii
są zjawiskiem naturalnym i wysoce powtarzalnym,
należy wyraźnie odróżniać od jednorazowych
celowych zmian wprowadzanych do przeszłości
przez dysponentów wehikułów czasu. Przykładowo,
anulowanie wyburzenia domu Pana Davey, które
opisuję na stronie
boiler_pl.htm - o szokującej historii rewolucyjnej grzałki która bije wszelkie rekordy,
jest tylko takim jednorazową zmianą przeszłości
wprowadzoną celowo przez istoty opisywane na
stronie
evil_pl.htm - o pochodzeniu zła na Ziemi.
* * *
Rys. #D2: Oto wieża kaplicy przy szkole
średnej z miasteczka Oamaru, Nowa
Zelandia. Wieża ta ma tą cechę, że dla
przyjezdnych osób które przybyły do
Oamaru spoza obszarów objętych powtarzającymi
się w Oamaru fluktuacjami czasu, wieża
ta zawsze zmienia swoją konfigurację
w odniesieniu do kaplicy przy której się
ona znajduje. Przykładowo, jednym
razem przylega ona do owej kaplicy -
jak na powyższym zdjęciu, innym zaś
razem stoi zupełnie oddzielnie i w
pewnej odległości od ściany owej kaplicy.
(Kliknij na powyższe zdjęcie aby
oglądnąć je w powiększeniu.)
Wieżę tą łatwo odnotować kiedy wjeżdza się do
miasteczka Oamaru samochodem, jadąc
"Highway 1" od kierunku Christchurch a w kierunku
Dunedin. Powodem jest, że droga wjazdowa do
Oamaru, została z owego kierunku "nacelowana"
właśnie na ową wieżę. Stąd w początkowej części
po wjechaniu do Oamaru droga ta jest prosta jak
strzelił, zaś na jej końcu widać właśnie powyższą
wieżę. Dopiero tuż przed ową wieżą droga ta skręca
w lewo, przebiegając obok kaplicy - tak jak powyższe
zdjęcie to pokazuje. Jeśli ktoś przybywa do Oamaru
ową drogą, wówczas powinien zwrócić uwagę
i dokładnie zapamiętać jaka jest konfiguracja powyższej
wieży w odniesieniu do kaplicy przy której wieża ta stoi.
Kiedy bowiem będzie przejeżdżał obok tej wieży
nastepnym razem, przybywając tu z daleka i to po
upływie co najmniej dwóch lat, wieża ta może wówczas
już stać w zupełnie odmiennej konfiguracji względem
tego kościoła.
Warto tutaj też dodać, że ludzie którzy mieszkają
w Oamaru, lub na tyle blisko tego miasta że też
objęci zostali fluktuacjami czasu które zmieniają
konfigurację powyższej wieży, NIE odnotują żadnych
zmian. Wszakże po każdej takiej fluktuacji przeżywają
oni nowy przebieg czasu razem z ową wieżą. Aby
więc odnotować fakt zmiany konfiguracji tej wieży,
należy do Oamaru przybywać ze znacznej odległości.
Część E:
Ciekawostki Nowej Zelandii wynikające z podwyższonej aktywności UFO w owym kraju:
#E1.
Kręgi zbożowe i lądowiska UFO z Nowej Zelandii:
Nowa Zelandia jest doskonale znanym
krajem gdzie UFO grasuje zupełnie
swobodnie. Wystarczy wszakże przypomnieć
w tym miejscu słynny na całym świecie
film jaki w dniu 31 grudnia 1979 roku
uchwycił jarzący się wehikuł UFO ponad
miejscowoscią Kaikoura. Jedna klatka
z owego filmu została pokazana na rysunku P23 w monografii [1/5].
Pilot samolotu transportowego "Argosy"
z którego ten historyczny film nakręcono,
Capt. Bill Startup, nie szczędził wysiłków
ani funduszy aby udowodnić światu istnienie
UFO i aby potwierdzić naukowo autentyczność
tego filmu. Wkróce jednak po nakręceniu
owego filmu, pilot ten przeszedł masywne
porażenie mózgu (brain stroke). Owo bardzo
tajemnicze porażenie mózgu Capt. Bill'a
Startup opisane zostało w podrozdziale
A4 z tomu 1 monografii
[1/4]
dostępnej nieodpłatnie za pośrednictwem
niniejszej strony internetowej.
Niemal natychmiast po nakręceniu
owego filmu niezliczeni
pseudo-naukowcy
z wysoce podejrzaną zawziętością starali
się też zdyskredytować jego autentyczność i ważność.
Do dzisiaj jednak im się to nie udało. Wehikuł
UFO sfilmowany nad Kaikoura w Nowej Zelandii
w obecności całego szeregu świadków, do
dzisiaj stanowi więc jeden z niepodważalnych
dowodów filmowych na faktyczne istnienie
wehikułów UFO. Do dzisiaj też, jeśli ktoś
chce zobaczyć UFO, wówczas ma najwiekszą
szansę sukcesu właśnie w Nowej Zelandii.
Od kiedy mieszkam w Nowej Zelandii,
widuję wehikuł UFO średnio co jakieś 6 lat.
Najważniejsze ze swoich własnych obserwacji
UFO opisałem w podrozdziale VB4.1
z monografii [1/4] dostępnej nieodpłatnie
za pośrednictwem niniejszej strony internetowej.
Oczywiście, kiedy wehikuły UFO nalatują
na Nową Zelandię, lądują one także na ziemi.
Dlatego, jeśli ktoś wie za czym się rozglądać,
może znaleźć takie lądowiska UFO niemal
przy każdym budynku rolniczym z Wyspy
Południowej Nowej Zelandii (na Wyspie Północnej
roślinność jest znacznie bardziej witalna,
lądowiska UFO nie rzucają więc się tam
już tak w oczy). Ilustracje "Rys. #E1" i
"Rys. #E2" pokazują jak owe lądowiska
UFO wyglądają.
* * *
Lądowiska UFO są objaśnione w większej
liczbie szczegółów w podrozdziale O5.1 z
monografii [1/4]. Są tam także zilustrowane
ich liczne przykłady.
Rys. #E1: Tzw. "krąg zbożowy".
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Znaleziony on był
w Ashburton, w lutym (February) 1992 roku. Owe kręgi zbożowe
to po prostu lądowiska UFO wykonane w zbożu. Formowane są
one przez wirujące pole magnetyczne używane przez UFO do
celów napędowych. Owo wirujące pole magnetyczne ugina w dół
źdźbła zboża podobnie jak uczyniłaby to ogromna wirująca miotła.
To zaś czyni owe lądowiska UFO tak zadziwiająco precyzyjne, że
ludzcy żartownisie nie są w stanie zduplikować ich doskonałości.
Po więcej wyjaśnień na temat napędu wehikułów UFO patrz strona
internetowa
propulsion_pl.htm.
Rys. #E2: Okrągłe lądowisko wypalone w twardych
krzewach górskich przez ogromne UFO typu K8 - patrz ów okrąg
widoczny w centrum zdjęcia na około 2/3 jego wysokości.
(Kliknij na to zdjęcie aby oglądnąć je w powiększeniu.)
Średnica
pierścienia wypalonego w tych krzakach wynosiła 98 metrów -
co można docenić po rzuceniu okiem na wielkość samochodów
na szosie poniżej niego. Sfotografowałem je w Wanaka, Nowa
Zelandia, na zboczu góry lokalnie nazywanej "Coromandel Peak".
Pole magnetyczne jakie wypaliło owo okrągłe lądowisko było tak
potężne, że spopieliło ono na szary proszek twarde krzaki górskie
jakie porastają zbocze owej góry. Aby było jeszcze ciekawiej, ów
szary proszek jest palny i może zostać zapalony zwykłą zapałką.
Żartownisie nigdy nie byliby w stanie wykonać tego lądowiska dla
żartu, tak jak to twierdzi nowozelandzka telewizja. Dzisiejsi ludzie
po prostu nie znają sposobu aby zamienić twarde krzaki górskie
na palny szary proszek. Ponadto zbocze na jakim owo ogromne
lądowisko zostało wykonane, jest praktycznie niedostępne dla
żartownisiów. Zauważ że podobne pierścieniowate lądowiska UFO,
tyle że wypalane np. w trawie, daje się zobaczyć w sporej części
obszaru Nowej Zelandii. Więcej danych na ten temat zawartych
jest w podrozdziale O5.1 z monografii [1/4].
#E2.
Obserwacje wehikułów UFO:
Nowa Zelandia jest krajem w której ma się
największą szansę zobaczenia wehikułu UFO.
Ponieważ jednak przygotowałem już wiele
stron internetowych na temat obserwacji
UFO (obejmujących też obserwacje UFO
w Nowej Zelandii), zamiast powtarzać tutaj
te informację raczej odsyłam czytelnika do
tamtych innych stron. Jako przykłady owych
stron proponuję oglądnąć:
landslips_pl.htm,
evidence_pl.htm,
aliens_pl.htm,
ufo_pl.htm,
tapanui_pl.htm,
oraz kilka onnych stron wyszczególnionych w menu.
#E3.
Latające kule światła:
Kule te są ogromnie niezwykłym zjawiskiem.
Widoczne są one gołym okiem. Zwykle mają
wielkość piłki ping-pongowej, oraz wyglądają
jak okrągłe lampy fluorescencyjne które jarzą
się upiornym białym światłem jakby księżyca.
Pojawiają się jednak też raporty o kulach nieco
większych rozmiarów, jakie mają wielkość
typowej piłki. Kule te są w stanie przelatywać
przez szyby i obiekty stałe, bez uczynienia
szkody tym obiektom lub sobie. Raportowane
mi było, że bez powodowania jakichkolwiek
uszkodzeń wlatywały one do środka zamknietego
samochodu, a także do środka zamkniętego
namiotu. Jak dotychczas spotkałem się z
raportami jakie opisywały obserwacje owych
kul w kraterze Tapanui (tj. w tym opisanym
powyżej, w którym stos 7 wehikułów UFO
eksplodował w 1178 roku), oraz w Coromandel.
W kraterze Tapanui pojawiają się one nocami
relatywnie często. Właściciel tego krateru
widział je wiele razy. Także grupa badaczy
z "Unexplained Phenomena Research Society"
zarejestrowanego w Dunedin, która zdecydowała
się zaobozować w tym kraterze przez noc
aby je zobaczyć, faktycznie została "wypędzona"
z krateru przez owe kule w samym środku nocy,
ponieważ owe upiornie jarzące się obiekty zaczęły
ich terroryzować poprzez wlatywnie do ich namiotu.
* * *
Poniżej przytaczam cytat listu
datowanego 6.1.97 który otrzymałem od jednej z czytelniczek moich
publikacji. Zawiera on najlepszy opis owych jarzących się kul
światła jakie napotkałem w dotychczasowych badaniach. (Oto treść
tego cytatu w moim swobodnym tłumaczeniu z angielskiego:)
"Właśnie teraz sobie uświadomiłam
że niektórzy z moich przyjaciół opowiadali jakieś kilka lat temu, że
wybrali się do krateru Tapanui i obeszli go naokoło wzdłuż jego obrzeża,
(dla jakiego powodu? Nie byłam w stanie wydobyć od nich żadnego
wyjaśnienia o czym jest to wszystko - dopiero teraz zaczynam to
rozumieć!) Ja sądziłam że jest to jakiś zwariowany pomysł związany
z tą 'grypą Tapanui' która szerzy się tam naokoło, oraz zastanawiałam
się dlaczego u licha chcieli oni abym wybrała się tam z nimi! Pamiętam
jak opowiadali mi coś na temat świateł (Ty wspominasz że wykazują one
'inteligencję') zaś ja im powiedziałam że wcale nie muszą wybierać się
aż tak daleko aby znaleźć ten rodzaj zjawiska, chociaż te światła jakie
ja sama widziałam były definitywnie inteligentne, jednak wcale nie tak
małe jak piłki golfowe. Jeśli o mnie chodzi, to uważam że jest wystarczająco
wiele do zobaczenia tutaj na górze bez wybierania się na południe,
a także aby być szczególnie ostrożnym wobec 'Strażnika' przed którym moja
matka ostrzegała mnie kiedy jeszcze byłam nastolatką, plus inni ze
starszyzny aż do ostatnich czasów kiedy byłam wystarczająco do nich
blisko a także następnego dnia ówczesna Rangatira Wahine powtarzała
mi ostrzeżenie abym nigdy nie podążała za wabiącymi ogniami 'Strażnika'
ponieważ nigdy bym już nie wróciła, było to jakieś 5 - 6 lat temu.
Inne światła, złote jarzące się sfery wielkości około piłki do siatkówki
jakie rozsiewają jasne złotawe promieniowanie rozświetlając w środku
cały dom w którym wówczas się zatrzymałam były znacznie bardziej interesujące.
Ja słyszałam o nich wcześniej oraz że to był nasz gospodarz który je
widział, jednak każdy się z nim drażnił i twierdził że wypił on zbyt
wiele 'Waipiro' jako że był on dosyć rozsmakowany w swoim piwie.
Jednak one istnieją, tak jak je opisałam. Nie mogłam spać owej nocy
i odnotowałam jasność bijącą ze stołowego za drzwiami, wyglądnęłam
więc przez firanki aby zobaczyć urzekający widok. Nie byłam w stanie
dobudzić się swojej koleżanki, aby patrzyła wraz ze mną, dlatego sama
wstałam z łóżka i zakradłam się do framugi drzwi w stołowym, ukrywając
się w cieniu przejścia, oraz mając wspaniały widok na owe jarzące się
sfery - i to wszystko jest prawda! Bawiąc się w przeskakiwanie siebie
nawzajem jak żaby, oraz skacząc w dół wzgórza, poprzez bagno, aż do
wody zatoki i jakieś 10 stóp od ściany domu, wszystkie przez jakiś
czas podążały wzdłuż linii płotów, skacząc wzdłuż wierzchołka płotu
z jednej sztachety na drugą potem na słupek, potem ponownie w najbardziej
dzecinną zabawę jaką kiedykolwiek mógłbyś zobaczyć! Kontynuowały tak aż
minęły nasz budynek i trochę dalej, potem zaś wróciły ponownie, czasami
skacząc jedna na grzbiet drugiej. Pechowo tak byłam zaintrygowana że
stopniowo wychyliłam się zbyt mocno ze stołowego i mnie w końcu zobaczyły
- natychmiast (a było ich co najmniej dwa tuziny) wszystkie ich światła
wygasły równocześnie, nawet tych jakie były dosyć daleko, było to urzekające
- jakbym to ja właśnie wyłączyła przycisk światła! Nagłość tego wygaszenia
była dosyć szokująca, niemal teatralna! Gdybyśmy znajdowali się w zabudowanej
przestrzeni wówczas bym posądzała że ktoś, w jakiś sposób wyprawia na nas
sztuczkę, jednak nie znajdowaliśmy się w widoku żadnego innego zabudowania
za wyjątkiem tych po drugiej stronie zatoki, jako że Haurakei Gulf
rozciągał się przed frontem naszego budynku, z prawej strony było strome,
porosłe rodzimą puszczą wzgórze, jakieś sto metrów z tyłu znajdowały
się bezludne wzgórza 200 - 300 stóp wysokie pokryte dziewiczą puszczą
jaka zaczynała się natychmiast za drogą która wspinała się wzwyż do
przełęczy, podczas gdy pozostała strona zajmowana była przez wybrzeże
zatoki morskiej. Dla mnie owo miejsce było najbardziej dezorientującym
w jakim przebywałam w całym swoim życiu, słońce nie wznosiło się
tam gdzie by się go spodziewało, zaś zachodziło w miejscu jakiego
nie dało się zrozumieć? Zmuszona byłam odwoływać się do mapy drogowej
aby zrozumieć dokładnie gdzie się znajduję, a przecież wcale nie
jestem nienawykła do lasu, jednak tutaj?! Aby jednak kontynuować
opowiadanie o owych światłach, to ciągle patrząc przez boczne okno
na drugą stronę bagna i w kierunku wzgórza po prawej stronie,
zostałam zaszokowana zobaczeniem zimnego, białego, nie jarzącego
się swiatła jakby lampy 'Strażnika' który się pojawił, jakie świeciło
przez około 2 - 3 sekundy, potem się wyłączało, zaś po krótkiej chwili
pojawiało się ponownie, wabiąc mnie abym podążyła za nim i go znalazła.
Wyglądało ono tak blisko, że nawet sprawdziłam teren i zaplanowałam swoją
drogę aż do jakiejś jednej trzeciej wysokości wzgórza, jednak wiedząc
doskonale że gdybym podeszła do niego bliżej wówczas by się odsunął
dalej aż, jak wszystkie przypadki o jakich słyszałam nam to potwierdzają,
osoba która go ściga całkowicie się zgubi. Istnieją legendy o tych co go
ścigali, itp."
Odnotuj że powyższy cytat
potwierdza iż owe kule światła wykazują inteligencję a nawet lubią się "zabawiać".
Potwierdza on także że są one doskonale znane przez lokalny folklor
nowozelandzki.
#E3.1.
Podobne kule światła widziane są też w innych krajach:
Obserwacje owych dziwnych latających kul
światła nie są ograniczone wyłącznie do Nowej
Zelandii. Podobna pojedyńcza kula zimnego
światła jest widywana na stokach Babiej Góry
w Polsce. Istnieje tam nawet lokalna legenda
stwierdzająca, że owa kula światła pilnuje skarbu
zbójeckiego ukrytego na zboczach owej góry.
Z tego powodu owa polska kula światła nazywana
jest "Strażnik". Polskie legendy stwierdzają
na jego temat, że osoba która stara się odnaleźć
ów skarb zbójecki, będzie przez tego strażnika
zwodzona przez tak długo, aż zagubi się na
śmierć. Więcej na temat owej polskiej kuli
światła zwanej "Strażnik" zawarte jest w traktacie
[4b].
Co mnie w tym wszystkim najbardziej intryguje,
to że folklor maoryski z Nowej Zelandii nie tylko
nazywa ową kulę światła tą samą nazwą "Strażnika"
co folklor z Polski, ale również opisuje w taki sam
sposób jej zwyczaj powodowania śmiertelnego
zagubiania się ludzi.
Podobne jarzące się kule są widywane jak wzlatują
one z wód rzeki Mekong, na granicy Tailandii i Laosu.
Lokalnie są one tam znane pod nazwą Naga Fireballs.
Najwięcej ich daje się zobaczyć koło świątyni buddyjskiej
w Phon Phisai, około 40 kilometrów od północnego
miasta tailandzkiego "Nong Khai". Owe kule światła
zdają się tam pojawiać ogromnie regularnie w październiku każdego
roku nocą przy pełni księżyca. Ich krótki opis zawarty jest w
artykule gazetowym o tytule "Goodness gracious, great balls of fire"
opublikowanym na stronie C10 z wydania datowanego 7 December 2003
nowozelandzkiej gazety
Sunday Star - Times.
#E3.2.
Czym właściwie są owe tajemnicze latające kule światła:
Istnieje wiele spekulacji na temat czym właściwie
są owe upiornie jarzące się kule. Dominująca
opinia jest, że posiadają one charakter
duchowy i reprezentują duchy tych co umarli w wyniku eksplozji Tapanui
(opisywanej powyżej). Jednak ja osobiście jestem raczej przekonany,
że owe jarzące się kule to sterowane komputerowo miniaturowe
UFO-sondy, jakie latają bardzo wolno w
stanie telekinetycznego migotania.
W zależności od strony z której zostały zaobserwowane lub sfotografowane,
dzisiejsza UFOlogia nazywa owe UFO-sondy z użyciem albo niefortunnej
nazwy rods - co oznacza "pałeczki" albo też nieco właściwszej
nazwy orbs. Nazwa "rods" została im przyporządkowana ponieważ
kiedy są one fotografowane z boku podczas szybkiego lotu, wówczas
na zdjęciach wyglądają jak wydłużone, upiornie jarzące się pałeczki.
Z kolei nazwa "orbs" została im przyporządkowana kiedy podczas
lotu zostają sfotografowane od strony swej osi głównej, co nadaje
im okrągły kształt. Więcej informacji na temat owych "rods" (tj.
bezzałogowych, miniaturowych sond UFO) można znaleźć na
stronie internetowej
telekinesis_pl.htm
a także w podrozdziale U3.1.2 monografii [1/4]. Z kolei na
"Fot. 5" i "Fot. 6" ze strony
landslips_pl.htm
pokazane zostały ich zdjęcia uchwycone z pozycji dającej kształt "orbs"
(kliknij tutaj aby oglądnąć jedno z tych zdjęć).
Natomiast na "Fot. 5" ze strony
aliens_pl.htm,
oraz "Fot. U18" ze strony
explain_pl.htm
pokazane zostały ich zdjęcia uchwycone z pozycji dającej kształt "rods"
ujawniony albo w pojedynczym błysku, albo też w całym łancuchu kolejnych
błysków tzw. "stanu telekinetycznego migotania"
(kliknij tutaj aby spróbować oglądnąć jedno z tych zdjęć).
#E4.
Kule ceramiczne które spadają z nieba:
Kule ceramiczne pokazane poniżej należą do grupy
około ich tuzina, jakie znalezione zostały około
1983 roku na jednym z pastwisk farmy z okolic
Invercargill. Ja otrzymałem je bezpośrednio
od owego farmera. W międzyczasie jednak
zagnięły mi jego dane i adres. W zbliżonym czasie
byłem też kontaktowany przez kogoś z wybrzeża
zachodniego Nowej Zelandii (tzw. "West Coast"),
kto znalazł kilka takich kul na swoim własnym
ogrodzie.
Jedną z powyższych kul wysłałem do Polski dla
dokonania badań laboratoryjnych. Niestety, badania
te okazały się sprowadzać głównie do jej oglądnięcia,
tak że nadal pozostają nam nieznane zarówno
jej cechy, jak i jej możliwe pochodzenie i przeznaczenie.
Jeszcze inne gniazdo zawierające jedną różową
oraz ponad 100 białych takich kamiennych kul
znalazł w 1978 roku 12-letni wówczas Michael
McManaway z Blenheim w Nowej Zelandii.
(Adres znalazcy brzmiał w owym czasie:
39 Redwood Street, Blenheim, New Zealand.)
Znalezisko to niemal pokrywało się w czasie
ze słynnym sfilmowaniem wehikułu
UFO ponad Kaikoura w Nowej Zelandii - patrz
opis tego sfilmowania w punkcie #E1 powyżej.
(Miasteczka Kaikoura i Blenheim sąsiadują
ze sobą.) Jego znalezisko najpierw opisała
miejscowa gazeta "The Marlborough Express",
wydanie z 13 December 1978 roku w artykule
zatytułowanym "Boy uncovers mystery on
Wither Hills". Artykuł ten informował, że
pojedyncza kula waży około 150 gram
(około 3 razy więcej niż piłka golfowa),
oraz jest wykonana jakby z "marmuru".
Potem obszerniejszy artykuł o tytule "Mystery Balls"
opublikował na temat owych kul nowozelandzki
newsletter-miesięcznik o nazwie "UFOs and other
mysteries", wydanie z November 1982 (Issue
No. 10), strony 3 do 5. (Miesięcznik ten wydawał
prywatnym nakładem niejaki John Thompson,
w owym czasie używający adresu P.O. Box 537,
Blenheim, New Zealand.) Ten obszerniejszy
artykuł informował, że kule są wykonane ze
"sprężonej porcelany". Są one aż tak twarde
iż przecięcie jednej z nich wymagało użycia
piły diamentowej której zajęło około kwadrans
zaś snopy iskier aż buchały z kuli. Kula okazała
się pełna zaś jej jakby odkolorowana siatka
przebiegała ją na wskroś. Artykuł opisuje
również jakiś eksperyment na owych kulach,
który zdawałby się sugerować że kule te albo
generują jakieś silne pole, albo też polaryzują
pole grawitacyjne. Niestety, opis eksperymentu
jest zbyt mglisty aby móc być niezależnie
zweryfikowany. Z opisu tego wynikało że po
zawieszeniu jakoś metalowej rybki wędkarskiej
nad ową kulą, rybka ta jakoby zaczynała wirować.
W 2007 roku zostałem poinformowany, że
kolejną kamienną kulę o podobnej wielkości
i wyglądzie znalazł latem 2005 roku niejaki
Gerard Willems - email: gwillems1@chello.nl.
Jego kamienna kula leżała na pastwisku koło
niewielkiej miejscowości Brielle w Niderlandach.
Współrzędne geograficzne miejsca jej znalezienia,
odczytane z Google Earth, wynosiły: 51° 55' 7.24" N, 4° 10' 43.96" E.
Wygląd kamiennej kuli Pana Willems'a zilustrowany
jest na następującym zdjęciu
(kliknij na niniejszy napis aby zdjęcie to sobie oglądnąć).
Rys. #E3: Tajemnicze kule ceramiczne
o wielkości piłek golfowych, jakie powtarzalnie
pojawiają się na powierzchni pastwisk
Nowej Zelandii i innych krajów świata.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Kule te mają kształt niemal okrągłych jajek.
Ujawniają one regularną siatkę pod powierzchnią,
ktora sugeruje że są one wytwarzane w przemysłowy
sposób. Okoliczności w jakich lokalni farmerzy
je znajdują sugerują, że kule te "spadają z nieba".
Jak narazie nie spotkałem się jednak z raportem
kogoś kto faktycznie zaobserwowałby moment ich
upadku z nieba.
#E5.
Nowozelandzkie Yeti - czyli małpopodobni UFOnauci widywani m.in. w Nowej Zelandii:
Gdyby projekt SETI skierował swoją uwagę
na naszą własną planetę - zamiast szukać
kosmitów na na odległych galaktykach,
wówczas jego badacze szybko by
odnotowali że po naszej planecie grasują
najróżniejsze rasy UFOnautów. Tyle tylko,
że owi UFOnauci starannie ukrywają przed
ludźmi swoją obecność na Ziemi - co dosyć
obszernie wyjaśniam na stronach internetowych
evil_pl.htm - o pochodzeniu zła na Ziemi, oraz
memorial_pl.htm - o metodach ukrywania swojej obecności przez UFOnautów.
Z ogromnej różnorodności ras UFOnautów
grasujących po Ziemi, dosyć unikalna jest
rasa owłosionych UFOnautów wyglądających
jak małpy. Rasa owa najlepiej jest znana na
świecie pod nazwą "Yeti". Warto jednak odnotować
że ową nazwą Yeti UFOnauci ci nazywani są
przez lokalną ludność Himalajów. W innych
zaś miejscach na Ziemi ci sami futrzaści
UFOnauci nazywani są innymi nazwami.
Zależnie od kontynentu przyjmują oni nazwy:
"Yeti", "Snowman", lub "Almas" (Azja);
"Big-Foot", "Sasquatch", lub "Oh-mah-ah"
(Ameryka), Yowie (Australia), oraz "Maroero"
(Maorysi z Nowej Zelandii) - po szczegóły
patrz podrozdział O6 z tomu 12 monografii
[1/4].
Futrzaści UFOnauci wyglądający jak małpy
relatywnie często widywani są w Nowej Zelandii.
Rysunek odtwarzający dokładny wygląd tych futrzastych
UFOnautów, sporządzony przez aż trzech naocznych
świadków którzy ich widzieli, opublikowany był
w artykule "Aliens Sighted" (tj. "Kosmici widziani")
który ukazał się na stronach 1 i 5 już obecnie
nie istniejącej nowozelandzkiej gazety o nazwie
Sunday News (published by News Media
(Auckland) Ltd., Glenside Crescent, Auckland, New
Zealand, with office at 78 Victoria Street, Wellington),
wydanie z niedzieli (Sunday), May 14, 1989.
(kliknij tu aby oglądnąć sobie ten rysunek).
W obserwacji tej trzech futrzastych UFOnautów
widzianych było przez trzech golfiarzy na
międzynarodowym polu golfowym o nazwie
"Wairakei International course". Pole to zlokalizowane
jest na północnej stronie miasta Taupo z
Północnej Wyspy Nowej Zelandii. Obserwatorom
udało się zbliżyć na odległość do około 50 metrów
od tych futrzastych UFOnautów. Stąd ich opis
jest relatywnie dokładny. Opisują oni wygląd
owych UFOnautów jak następuje: około dwumetrowego
wzrostu, szczupli, pokryci bujnym futrem, koloru
jaskrawo zielonego, o małpich rysach twarzy.
Kiedy zostali spłoszeni wydali dziwnie brzmiący
świdrujący dźwięk piszczący i uciekli w krzaki.
Obseracja zilustrowana w owym artykule była
trzecią z kolei obserwacją grupy takich samych
UFOnautów widzianych na owym polu golfowym.
W nowozelandzkich gazetach powtarzalnie i często
pojawiają się artykuły które zawierają opis materiału
dowodowego który dokumentuje faktyczne istnienie
owych Yeti-podobnych stworzeń.
Przykładowo, taki właśnie artykuł o tytule "Hoax,
legend, obsession" ukazał się na stronie B2
nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku (Tuesday), January 22, 2008.
Artykuł ten m.in. podsumowywał najpowszechniej
znane obserwacje Bigfoot i dowody na jego istnienie.
Najbardziej szokujące jest, że zdjęcie Yeti
maszerującego sobie po powierzchni Marsa
zostało przesłane na Ziemię przez amerykańskiego
robota "Spirit" który ostatnie 4 lata automatycznie
fotografuje powierzchnię Marsa. Postać
tego Yeti na zdjęciu NASA z Marsa wypatrzył
najpierw jakiś amator i natychmiast umieścił
je w Internecie pod nazwą "Marsjański Bigfoot".
Jak ta postać wygląda, czytelnik sam może
to sobie zobaczyć wyszukując owego zdjęcia
w Internecie poprzez słowa kluczowe
Martian Bigfoot.
Oto reprodukcja tamtego marsjańskiego zdjęcia
z maszerującym Yeti - niestety tutaj niezbyt wyraźna
bowiem zreprodukowana ze zwykłej gazety
(kliknij tu aby oglądnąć sobie to zdjęcie).
Potem to samo zdjęcie zaczęły też pokazywać
gazety. Przykładowo w Nowej Zelandii ilustrowało
ono m.in. artykuł "Life on Mars or just a funny-shaped rock"
(tj. "Życie na Marsie czy też śmiesznie ukształtowana
skałka"), ze strony B1 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z czwartku (Thursday), January 24,
2008. Oczywiście NASA twierdzi że zdjęcie to
pokazuje jedynie marsjańską skałę ukształtowaną
w postać maszerującego Yeti.
#E6.
Chupacabra ("czarna pantera") z Ashburton - tj. makabryczna maskotka UFOnautów:
UFOnauci
dali się nam już dobrze poznać z jednego
wstrętnego sekretu, mianowicie że bez
przerwy ukrywają przed ludźmi swoją
nieustanną obecność na Ziemi. Niestety,
mają oni również wiele dalszych "mrocznych
sekretów" do ukrycia. Jednym z takich
"mrocznych sekretów" jest ich "maskotka",
albo zwierzątko, jakie lubią trzymać na
swoich wehikułach UFO. Owa maskotka jest
ogromnie dziwnym produktem inżynierii
genetycznej. Faktycznie jest to bowiem
"poskładane zwierzę". Stanowi ono
genetyczne skrzyżowanie lwa z orłem.
Może ono mieć wiele maści i kolorów,
podobnie jak nasze psy domowe. Jednak
najczęściej widywane jest jako całkowicie
czarne. Wygląda wówczas trochę jak
czarna pantera lub jak muskularny
czarny pies (z rasy zwanej "rottweiler").
Jednak kiedy poczuje się zagrożone,
wówczas rozpościera ogromne czarne
skrzydła i ulatuje w powietrzu. Straszną
częścią owego zwierzęcia jest to, że żywi
się ono krwią. Z tego powodu UFOnauci
często wypuszczają je na ziemię w najróżniejszych
bezludnych miejscach, tak aby sobie mogło
zapolować na ziemskie zwierzęta i aby
nasyciło się ich krwią. W obecnych czasach
badacze UFO nazywają tego potwora słowem
chupacabra co dosłownie oznacza
"wysysacz kóz ("goat sucker") - jako że
lubuje się ono w wysysaniu krwi z kóz i z
owiec. Jednak w dawnych czasach to samo
potworne zwierzę znane było pod odmienną
nazwą gryfa. Kiedy taka chupacabra
(gryf) zabije jakieś stworzonko, ludzie zwykle
nie wiedzą że padło ono ofiarą owego
potwora. Powodem jest, że gryf wcale nie
rozrywa na strzępy ani nie uszkadza
w żaden sposób swojej ofiary. Jedyne co
w niej czyni, to dwie niewielkie dziurki,
jakie zwykle stają się niewidoczne, bowiem
ukryte są w sierści ofiary. Potem zaś
wysysa ze swojej ofiary całą krew przez
owe dwa niewielkie otwory. W rezultacie,
kiedy potem ludzie znajdują zwłoki ofiar
tego potwora, zwykle sądzą że ofiary te
zmarly w "naturalny" sposób. Nie oglądają
więc ani badają ich wystarczająco wnikliwie
aby odkryć owe dwa małe otworki oraz
zupełny brak krwi.
* * *
Na przekór że UFOnauci starają się ukrywać
te potwory przed ludźmi, w różnych częściach
świata są one widywane od czasu do czasu.
W takich przypadkach zwykle są one mylone
albo z "czarnymi panterami", albo też z dużymi
czarnymi psami. Oczywiście, kiedy później
ludzie szukają aby znaleźć tego dzikiego
zwierza, okazuje się że jest on nieuchwytny
ponieważ w międzyczasie wraca on do UFO
i ulatuje w przestrzeń. W 2003 roku ów potwór
(maskotka UFOnautów) widziany był w Nowej
Zelandii niedaleko małego miasteczka
nazywanego Ashburton. Przedtem jednak
widywano go w wielu innych miejscach na
świecie. Dzięki internetowi, prawdopodobnie
najbardziej słynny z owych miejsc stał się
Bodmin Moor w UK,
gdzie potwora tego
opisywano jako ogromną "cat-like creature".
W latach 2004 do 2006 owa podobna do kota
creatura z Bodmin Moor spopularyzowana
została nawet po całym świecie dzięki słynnej
reklamie telewizyjnej dla kart kredytowych "Visa".
Kiedy ja miałem 17 lat, zostałem zaatakowany
w Polsce w okolicach Cieszkowa i niemal zabity,
przez jednego z owych potworów. To właśnie
z tego powodu badam je obecnie. Gdyby ktoś
zechciał dowiedzieć się więcej jak on mnie
zaatakował, jak wyglądał, oraz jak się zachowywał,
proponowałbym poczytać podrozdział R4.2
z tomu 14 monografii
[1/4],
która dostępna jest nieodpłatnie za pośrednictwem
niniejszej strony internetowej. Ów podrozdzial
R4.2 opisuje bowiem m.in. szczegóły przypadku
kiedy to ja sam zostałem zaatakowany przez jedną
z tych potwornych maskotek UFOnautów.
Rys. #E4: Tajemnicza i
nieuchwytna czarna pantera
z Ashburton, Nowa Zelandia. (Kliknij
na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Nowa Zelandia nie ma dzikich drapieżników,
szczególnie wielkości pantery. Niemniej
potwór taki co jakiś czas jest tam widywany.
Jednak nigdy potem nie znajduje się
śladów jego łap, ani nadjedzonych ofiar
pozostawianych zwykle przez pantery.
Powyższa ilustracja została opublikowana
bez wyjaśnienia. Prawdopodobnie prezentuje
więc ona artystyczną wizję jak "czarna
pantera" wyglądałaby na tle nowozelandzkiego
krajobrazu. Podobny potwór jest jednak
powtarzalnie widywany w najróżniejszych
częściach Nowej Zelandii, a także w innych
częściach świata. Najsłynniejsza jego
obserwacja miała miejsce w piątek, 3
października (October) 2003 roku, w
Mayfield, 35 km na północny-zachód
od Ashburton, Nowa Zelandia. Obserwatorem
był Mr Chad Stewart, zawodowy kierowca
ciężarówki. Powyższy "Rys. #E4" ilustrował
artykuł "An unsolved mystery" (tj.
"Nierozwiazana tajemnica") jaki pojawił
się w lokalnej gazecie nazywanej
Ashburton Guardian
(P.O. Box 77, Ashburton, New Zealand).
Ja znalazłem ten rysunek dnia 14 października
2003 roku, na doskonałej stronie internetowej
owej gazety, która to strona może być
oglądana pod adresem
Ashburton Guardian.
Ponieważ obawiałem się, że
Ashburton Guardian
po jakimś czasie usunie ów rysunek
aby zrobić miejsce na następną porcję
interesujacych nowin, a także ponieważ
chciałem uczynić ten rysunek i jego opis
dostępny dla czytelników w językach innych
niż angielski, przeniosłem go tutaj dla wygody
oglądających tą stronę. Jednak wysoce
zalecam aby najpierw go oglądać na
oryginalnej stronie gazety
Ashburton Guardian,
gdzie jest on dostępny wraz z wysoce informacyjnymi
artykulami na temat owego tajemniczego potwora z
Ashburton. (Odnotuj, że strona owej gazety ma własną
wyszukiwarkę. Po wpisaniu w niej słowa "panther"
ukazuje się wykaz wszystkich artykułów na temat
owego iluzyjnego potwora.) Warto też odnotować,
że opisana w owej gazecie obserwacja "czarnej
pantery" z okolic Ashburton opublikowana została
także na stronach 31 do 32 książki pióra Nicola
McClay o tytule "New Zealand Mysteries",
Whitcoulls, 2005, ISBN 1-877327-36-0. Ponadto
liczne artykuły na jej temat powtarzalnie pokazywały
się w innych nowozelandzkich gazetach - jako
przykład patrz artykuł "'Panther' eludes expert
stalkers" jaki ukazał się na stronie A14
nowozelandzkiej gazety
"Weekend Herald",
wydanie datowane w sobotę (Saturday),
August 19, 2006.
Rys. #E5: Powyższe zdjęcie pokazuje,
między innymi, dwa muskularne czarne psy
jakie należą do rasy zwanej "rottweiler".
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
(W celu dokładniejszego oglądnięcia tego zdjęcia
kliknij na nie.) Osoba w niebieskim skafandrze
która trzyma na smyczy jednego z tych psów,
to ja - dr Jan Pająk.
Czarna chupacabra ("czarna pantera")
która zaatakowała mnie i niemal zabiła kiedy
miałem 17 lat, miała właśnie muskularną budowę
ciała oraz wielkość psa tej szczególnej rasy,
aczkolwiek jej kształt zewnętrzny znacznie od
psa tego się różnił. Odnotuj jednak, że psa tej
atletycznej rasy ja nigdy nie widziałem w Polsce,
zaś po raz pierwszy w życiu zobaczyłem go
dopiero po wyemigrowaniu do Nowej Zelandii.
Więcej danych na temat wyglądu dziwnego potwora
który zaatakował mnie i omal nie zabił kiedy byłem
17-letnim chłopcem, zawarte jest w podrozdziale
R4.2 z tomu 14 monografii
[1/4]).
Część F:
Podziemne tunele i jaskinie odparowane w Nowej Zelandii przez wehikuły UFO:
#F1.
Tunele UFO:
UFO mają tą niezwykłą zdolność, że kiedy
włączą swój tryb wiru magnetycznego, wówczas
formują one wirującą chmurę jarzącej się plazmy wokoło
swojej powłoki. Plazma, jak wiemy, jest ogromnie
niszczycielskim zjawiskiem. Faktycznie cokolwiek
nie da się pociąć z użyciem normalnych narzędzi,
wówczas jest to cięte właśnie plazmą. Dlatego
taka wirująca chmura jarzącej się plazmy która
otacza wehikuł UFO jest rodzajem jakby piły
tarczowej o przeogromnej mocy. Piła ta jest
w stanie wcinać się w skały i w budynki. Poprzez
użycie owych pił plazmowych, wehikuły UFO
są w satnie odparowywać długie, proste,
podziemne tunele. W Nowej Zelandii kilka
takich tuneli zostało już odkryte, niestety
żaden z nich nie został otwarty do badań.
Dla przykładu górnicy którzy pracowali
przy realizacji zapory wodnej "Clyde"
raportowali mi że aż cały szereg takich
prostych, szklistych tuneli został otwarty
podczas wierceń, jednak były one natychmiast
zacementowywane. Z tego powodu pierwszy
tunel UFO jaki zdołałem zobaczyć i zbadać,
znajduje się na Borneo a nie w Nowej Zelandii.
Jest to słynna "Deer Cave" pokazana na "Rys. #F3".
Ludzie są nietypowo (tj. sztucznie) sceptyczni
w sprawie istnienia UFO. Z tego powodu wyjaśniają
oni wszelkie dowody pozostawiane przez UFO
na najróżniejsze "naturalne" sposoby. To także
obejmuje tunele UFO. Typowe stwierdzenie jest,
że takie tunele to faktycznie jaskinie lawy ("lava
caves"), znaczy że wykonywane są one przez
przepływ lawy z pobliskiego wulkanu. Na szczęście
dla tuneli UFO, unikalny napęd magnetyczny
jakiego używają wehikuly UFO, nakłada na te
tunele cały szereg atrybutów, które faktywnie w
nich występują jednak które nie mogą być obecne
w "tunelach lawy". Dla przykładu, jedna grupa
takich atrybutów wynika z faktu, że wehikuły UFO
zawsze zmuszone są latać tak zwrócone że ich
podłoga jest niemal prostopadła do lokalnego
przebiegu linii sił ziemskiego pola magnetycznego.
Ponieważ wehikuły UFO mają kształt w przybliżeniu
dysku, taki ich lot oznacza, że muszą one
odparowywać tunele eliptyczne, jak ten pokazany
na "Rys. #F3", jeśli lecą one w kierunku magnetycznym
północ-południe. Z kolei muszą one odparowywać
tunele jakie mają w przybliżeniu przekrój trójkątny,
jak ten pokazany na "Rys. #F1", kiedy lecą one w
kierunku magnetycznym wschód-zachód. Zależność
kształtu tunelu jaki UFO odparowują, od kierunku
ich lotu, zilustrowana została na "Rys. #F2".
Inną cechą charakterystyczną tuneli UFO jest
istnienie w nich "podłogi pozornej". Faktycznie
bowiem kompletne tunele UFO są zawsze symetryczne
względem swej poziomej osi. Jednak ponieważ
tuż po przelocie wehikułu UFO duża ilość gruzu
skalnego opada na podłogę tych tuneli, a następnie
gruz ten pokrywany jest szybko twardniejącymi
oparami skały, niezależnie od faktycznej podłogi,
tunele UFO posiadają też ową "podlogę pozorną"
jaka przebiega na około połowie ich wysokości.
Stąd dolna połowa tych tuneli znajduje się pod
ową podłogą pozorną, zawsze będąc zapełniona
gruzem skalnym a często także i wodą. Owa
podłoga pozorna posiada także odmienną
konsystencję niż ściany samego tunelu. Faktycznie
też na "Rys. #F1" widzimy klasyczny wygląd
takiej podłogi pozornej. Z kolei "Rys. #F2"
ilustruje jak jest ona formowana i jak zalega
ona tunel UFO.
Tunele UFO występują praktycznie w każdym
kraju. Tyle że nie wszędzie ludzie o nich wiedzą.
Niniejsza strona, a także strona o
magnokrafcie,
pokazują zdjęcia tych tuneli z Nowej
Zelandii i z tropikalnej wyspy Borneo.
W Polsce takie tunele UFO na pewno istnieją pod
Babią Górą,
zaś folklor lokalny informuje że prawdopodobnie
także istnieją pod Łysicą i pod Sobótką. Zdjęcie
tunelu UFO istniejącego w Korei pokazane
zostało na stronach o
Korei i o
Malborku.
Zdjęcia zaś tuneli UFO z Ekwadoru i Australii
pokazane są w rozdziale O z tomu 12 monografii
[1/4].
Po dalsze szczegóły o tunelach UFO proszę
przeglądnąć podrozdziały z mojej monografii
[1/4] wskazane pod ilustracjami "Rys. #F2" i
"Rys. #F3".
Rys. #F1: Czy powyższe zdjęcie pokazuje tunel UFO?
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Ja osobiście wierzę że tak. Ponieważ jednak nie mam możności
przeprowadzenia dokładnych badań na tym tunelu, trudno mi o
tym zawyrokować konklusywnie. Naukowcy ten tunel nazywaja
"jaskinia lawy" (tj. "lava cave"), jako że przepływ lawy wulkanicznej
jest jedynym naturalnym zjawiskiem które byłoby w stanie wyjaśnić
unikalne atrybuty tych podziemnych tuneli (poza ich technicznym
odparowaniem przez wehikuły UFO), jakich to atrybutów nauka
ortodoksyjna nie chce jednak uznać za powodowane technicznie.
Niemniej powyższe zdjęcie ilustruje, że ten szczególny tunel ujawnia
obecność wszelkich atrybutów występujących w tunelach UFO,
a także że byłoby dosyć trudno spowodować aby lawa płynęła
poziomo, czy nawet nieco trochę pod górę. Powyższa fotografia
niezwykłego tunelu pokazana jest na stronie 8 interesującej książki
autorstwa (i copyrights) niejakiego Bruce W. Hayward, o tytule
"Precious Land" (Geological Society Of New Zealand Guidebook
Number Twelve, Bush Press Communications Ltd., P.O. Box
33-029, Takapuna 1309, Auckland, New Zealand, 1996, ISBN 0-908678-60-6).
Opis jaki referuje do owego zdjęcia stwierdza że jest to "Wiri lava cave"
zlokalizowana na górze zwanej "Wiri Mountain", w Manukau District (koło
Auckland). Stwierdza on także, cytuję w moim wolnym tłumaczeniu:
"Przy kilku okazjach w latach 1980-tych czujność miejscowych
grotołazów uratowała ową jaskinię przed zniszczeniem przez
skradające się kamieniołomy. ... Negocjacje pomiędzy najróżniejszymi
ministerstwami aby nadać tej jaskini status rezerwatu zaczęły
się w 1987 roku zaś w 1996 roku wcale nie wyglądają one bliższymi
osiągnięcia tego celu." A więc wygląda na to że ktoś ogromnie
wpływowy życzy sobie aby owa jaskinia została szybko zniszczona
i nie była dostępna do oglądania przez ludzi. Z moich zaś
poprzednich badań wynika, że jest tak zawsze kiedy w grę
wchodzi jakiś materiał dowodowy na istnienie UFO, szczególnie
tak obrazowy jak tunele UFO - jako przykład takiego skrytego
chociaż upartego niszczenia materiału dowodowego na temat
UFO patrz traktat [4B] na ten temat, lub patrz strony internetowe
evil_pl.htm czy
memorial_pl.htm.
Rys. #F2: Ta ilustracja pokazuje jak tunele UFO zostają odparowane,
oraz jakie są najważniejsze ich cechy wynikające z tego sposobu ich odparowania.
Szczegółowy opis atrybutów takich tuneli UFO zawarty jest w podrozdziale
F10.1.1 z tomu 3 monografii [1/4] (jaki to podrozdział wyjaśnia jak owe tunele
UFO są odparowywane przez wehikuły UFO), a także w podrozdziale O5.3.1
z tomu 12 monografii [1/4] (jaki wyjaśnia własności tunelu zwanego "Deer
Cave" który istnieje na Borneo oraz który pokazany jest poniżej).
Rys. #F3: Fotografia najbardziej spektakularnego
tunelu UFO, jakim jest tzw. "Deer Cave" z północnego Borneo.
Tunel ten opisany został szczegółowo w podrozdziale O5.3.1 z
tomu 12 monografii [1/4]. Powyższe jego zdjęcie omawiane
jest również na stronie internetowej
magnocraft_pl.htm.)
#F2.
Legowiska Taniwha'ry:
Nowozelandzcy Maorysi mają liczne legendy
referujące do gignatycznych stworów jakie
oni nazywają "Taniwha" (słowo to wymawiają
w przybliżeniu jako "tanifar"). Jeśli zaś ktoś
przeanalizuje wygląd i zachowanie się owych
stworów, owo zachowanie bardzo dokładnie
odpowiada zachowaniu dzisiejszych wehikułów
UFO. Stąd jest wysoce prawdopodobne, że
Maorysi którzy nie znali maszyn, wzięli latające
wehikuły UFO za mistyczne zwierzęta nazywając
je "Taniwha". Taka możliwość jest dodatkowo
potwierdzana faktem, że identyczną nazwą
"Taniwha" Maorysi zwykli również nazywać
szatańskie stworzenia ludzko-kształtne (tj.
ludzko-kształtne "Taniwha" z folkloru Maoryskiego
są podobne do "serpentów" i "diabłów" z
folkloru europejskiego). Wygląda więc na
to że dawni Maorysi byli skołowani widząc
ogromne latające wehikuły UFO, z jakich
wyłaniali się szatańsko usposobieni członkowie
załogi tych wehikułów, dlatego też nazywali
oni "Taniwha" zarówno same wehikuły UFO
jak i załogantów tych wehikułów UFO.
Dziwne podobieństwo pomiędzy wehikułami UFO
a Taniwha, polega też na tym że każde z nich
ma tendencję do ukrywania się przed ludźmi
wewnątrz jaskiń jakie odparowane zostały przez
wehikuły UFO we wnętrzu samotnie stojących
wzgórz. Zgodnie z legendami Maorysów, istnieje
sporo wzgórz w Nowej Zelandii, które posiadają
w swym wnętrzu ogromne beczko-kształtne jaskinie.
W tych jaskiniach potwory Taniwha ukrywały się
przed ludźmi. Jak dotychczas dowiedziałem się
o takich Taniwha ukrywających się we wnętrzu:
(1) Saddle Hill koło Dunedin (pokazanym tu na
"Fot. 2a"), (2) Matanaka Hill koło Waikouaiti
(pokazanym tu na "Fot. 13b"), (3) świętej góry
Puketapu koło Palmerston, (4) góry Nimrod koło
Timaru, oraz kilku dalszych jakich nazw ani położeń
nie zdołałem zarejstrować. Jeśli ktoś przeanalizuje
dokładnie owe góry jakie mają ukrywać w sobie
Taniwha, okazuje się wówczas że góry te są
ustawicznie pokrywane świeżymi pierścieniami
telekinetycznie stymulowanej roślinności. (Można
zobaczyć takie właśnie pierścienie na fotografii
z "Rys. #F5", a także "Rys. #E2" i "Rys. #I3".)
Z kolei jest już nam wiadomym, że właśnie takie pierścienie
stymulowanej roślinności są formowane kiedy
wehikuły UFO działające w trybie "telekinetycznego
migotania" wolno zanurzają się pod ziemię.
(Czym jest ów stan "telekinetycznego migotania",
wyjaśnione to zostało na stronie
telekinesis_pl.htm.)
Czyli owe wypalone pierścienie roślinności są
rodzajem materiału dowodowego jaki potwierdza
prawdę w opowiadaniach Maorysów o Taniwha
ukrywających się w jaskiniach zlokalizowanych
we wnętrzu owych samotnych wzgórz!
Aby wszystko było nawet jeszcze bardziej niezwykłe,
podczas moich badań UFO spokałem naocznych
świadków, którzy faktycznie zostali uprowadzeni do
wehikułów UFO zaparkowanych w takich jaskiniach
z wnętrza samotnych gór. Jeden z tych świadków
został uprowadzony do wehikułu UFO, jaki "zaparkowany"
był w takiej jaskini która istnieje we wnętrzu tzw.
"Saddle Hill" koło Dunedin - patrz "Rys. #B2".
Jego uprowadzenie dokonane zostało za pomocą
"promienia podnoszącego" który dla niego wyglądał
jak promień kolorowego światła. Opowiadał mi on,
że kiedy w swoim locie miał właśnie uderzyć w
powierzchnię Saddle Hill, zaczął się bać że mu
się coś stanie. Jednak w rzeczywistości przeniknął
on przez glebę i skały do jaskini w środku, potem
zaś do ogromnego wehikułu UFO jaki zawisał we
wnętrzu tej jaskini, tak jakby te twarde przeszkody
były wykonane z jakiegoś płynu. UFOnauci sądzili
że on śpi kiedy go uprowadzili, tymczasem on
jedynie pretendował że śpi, stąd mógł potem
opowiedzieć mi całą historię swojego uprowadzenia.
Inny świadek uprowadzony został do wehikułu UFO
jaki zaparkowany był we wnętrzu jaskini zlokalizowanej
w jednym ze wzgórz miasta Auckland. Niestety
wówczas jedynie wizytowal on Auckland (mieszkał
wtedy w Dunedin). Dlatego nie był obznajomiony
z owym miastem i dosyć skołowany swoim niezwykłym
przeżyciem, nie był więc w stanie powiedzieć mi
które wzgórze to było.
Jeśli jaskinia kryjąca się we wnętrzu dużej góry
odparowana zostanie przez wehikuł UFO typu
K10, wówczas jej średnica może przekraczać
jeden kilometr. Z kolei niewielkie wehikuły UFO
zawisające w takiej ogromnej jaskini oraz jonizujące
powietrze swoim polem magnetycznym wyglądałoby
w niej jak małe podziemne słońca. Gdyby więc
do takiej ogromnej jaskini częściowo wypełnionej
podziemnym jeziorem oraz z własnym jakby
poziemnym "słońcem" zabłądził ktoś z ludzi,
wówczas po powrocie na powierzchnię zacząłby
on opowiadać o całym "podziemnym świecie".
Właśnie taka gigantyczna beczko-kształtna
jaskinia ukrywająca się pod "Cairnmuir Hill"
położonym koło Cromwell przy drodze do wioski
o nazwie Nevis, została odkryta podczas wiercenia
tuneli odwadniających dla zapory wodnej Clyde.
Jest ona tak ogromna, że może pomieścić
w sobie nawet największy wehikuł UFO. Ogromne
jezioro wypełnione wodą mineralną znajduje się
na jej dnie. W okolicach zaś Cromwell krąży
sporo opowieści o tej oraz o innych podobnych
do niej podziemnych jaskiniach. Jest więc możliwe
że to właśnie echa podobnych opowieści zainspirowały
Juliusza Verne do napisania swojej "Podróży do
wnętrza ziemi". (Zapewne nie jest też przypadkiem
że akcja filmu telewizyjnego z 1999 roku o tytule
"Journey to the Center of the Earth", opartego na
owej opowieści J. Verne, toczy się właśnie w Nowej
Zelandii.) Wszakże J. Verne był świadom folkloru
nowozelandzkiego. W swoich innych książkach
referuje on nawet do istnienia "podziemnych światów"
pod Nową Zelandią, a także opisuje nowozelandzkiego
ptaka "kiwi".
* * *
W tym miejscu powinienem dodać,
że dokładna interpretacja kim
właściwie były owe straszne
Taniwha
których wojowniczy nowozelandzcy
Maorysi tak panicznie się bali,
zaprezentowana jest na odrębnej
stronie internetowej o kościele
Św. Andrzeja Boboli
w Miliczu. Interpretacja ta
podparta jest dosyć sporym
zdjęciowym materiałem dowodowym
pokazującym m.in. wygląd owych
strasznych "Taniwha" oraz wygląd
ich morderczej broni. Z kolei wygląd
"latającego serpenta" który wywodzi
się z podobnej do Maoryskiej mitologii
Kambodży, pokazany jest na "Fot. #2"
ze strony o
Biblii autoryzowanej przez samego Boga
Rys. #F4: Wycinek wnetrza jaskini zwanej "Batu Cave"
z Kuala Lumpur w Malezji, w której podobno mieszka Hinduski
bóg Murugan. (Zdjęcie rzeźby boga Murugan pokazane jest
na "Fot. #1" ze strony internetowej o
filozofii pasożytnictwa.)
(Kliknij na powyższa fotografię aby oglądnąć ją w powiększeniu.)
Owa jaskinia faktycznie zlokalizowana jest we wnętrzu
wzgórza stojącego samotnie. Z zewnatrz wzgórze to
wygląda bardzo solidnie, zaś jaskinia ukryta w jego
wnętrzu została odkryta tylko ponieważ część jego
zbocza uległa zawaleniu. W przeciwnym przypadku
ludzie nie mieliby pojęcia że ogromna jaskinia ukrywa
się we wnętrzu tego samotnego wzgórza. Batu Cave
jest też ukształtowana jak beczka, tak że z łatwością
jest ona w stanie pomieścić duży wehikuł UFO w swoim
wnętrzu. Jest zlokalizowana na jakiejś 1/3-ciej wysokości
wzgórza "Batu Hill". Stąd dominuje ona swoje otoczenie
i jako taka pozwala na dokonywanie bezpośrednich
uprowadzeń ludzi przez promień podnoszący wysyłany
z wnętrza owej jaskini. Nie jest więc przypadkiem że
zadeklarowana ona została "świętą jaskinią" przez
wyznawców religii hinduizmu, oraz że obecnie religijne
obrządki Taipusam są w niej prowadzone w styczniu
lub lutym każdego roku. Zauważ że jeden z bogów
hinduskich (tj. God Ganesh) posiada twarz przykrytą
maska gazową podobną do masek o jakich obecnie
wiemy że używane są przez rasę UFOnautow którzy
nie są w stanie oddychać ziemską atmosferą. Oczywiście
starożytni ludzie nie wiedzieli co to takiego maska
gazowa lub aparat do oddychania, stąd wierzyli
oni że Ganesh jest "Bogiem Słoniem".
Rys. #F5: Fotografia wzgórza zwanego
"Matanaka Hill" z Waikouaiti w północnym Otago.
Zgodnie z legendami Maorysów, potwór "Taniwha"
żyje również we wnętrzu owej góry. Jeśli
przetłumaczymy ową legendę na dzisiejszy język,
jest wysoce prawdopodobnym że we wnętrzu owej
góry znajduje się jaskinia, zaś w owej jaskini
rezyduje wehikuł UFO który dokonuje uprowadzeń
ludzi mieszkających w pobliżu owej góry. Przez
dziwny zbieg okoliczności owo wzgórze zawsze
pokryte jest licznymi pierścieniami roślinności
spalonej urządzeniami napędowymi wehikułów
UFO. Na tej fotografii mozliwe jest zobaczenie
kilku takich pierścieni trawy wypalonej magnetycznie
przez UFO. Trzy największe z nich uszeregowane
są w poziomym rzędzie jeden przy drugim.
Można je łatwo dostrzec ponieważ ja (tj. Dr Jan
Pajak) stoje w środku centralnego z nich. Aby
uświadomić sobie jak ogromne są wehikuły UFO
które wypaliły owe pierścienie, wystarczy porównać
moją wielkość z wielkoącią owych powypalanych
pierścieni. Biały okrąg jaki trzymam w swoich
rękach ma dokładnie 1 metr średnicy, zaś jego
strzałka wskazuje położenie magnetycznej północy.
Jest wysoce prawdopodobnym, że takie pierścienie
magnetycznie powypalanej roślinności są formowane
kiedy wehikuły UFO wolno zanurzają się pod ziemię
w stanie telekinetycznego migotania
aby przenieść się do wnętrza jaskini zlokalizowanej
we wnętrzu owej góry.
Kiedy w lutym 2008 roku przejeżdżałem obok
"Matanaka Hill", odnotowałem że w miejscu jakie
pokazuje powyższe zdjęcie istnieje teraz rodzaj ogromnego
leja. Lej ten nie istniał w 1988 roku kiedy wykonywałem
powyższe zdjęcie. Powstał on zapewne z powodu
zawalenia się jakiejś części jaskini która znajduje
się we wnętrzu owej góry. Potwierdza więc on sobą,
że legendy Maoryskie posiadają jednak fizykalny
merit i że faktycznie w jaskini z wnętrza owej góry
mógł kiedyś ukrywać się wehikuł UFO.
Wierzenia że niektóre góry ukrywają wehikuły
UFO z ich szatańskimi załogantami nie istnieją
jedynie wśród nowozelandzkich Maorysów. Jak
to pokazuje "Rys. #F4", dokładnie takie same
wierzenia mają wyznawcy hinduizmu. Z kolei
"Fot. #2" na stronie o
Biblii autoryzowanej przez samego Boga
pokazuje serpento-kształtne wehikuły UFO
opisywane mitologią Kambodży. Co ciekawsze
także w Polsce istnieją liczne legendy na temat
smoków, diabłów i wiedźm kryjących się w jaskiniach
z wnetrza wybranych gór. Przykładowo legendy
twierdzą że w Polsce diabły i czarownice zlatywały
się do Babiej Góry, Łysej Góry, Sobótki, a także
do wzgórza na jakim obecnie stoi zamek w Malborku.
(Faktycznie to w zamku malborskim nawet obecnie
widywane są dziwne stwory zlatujące w dół do
podziemi - patrz zdjęcie jednego z nich pokazane
na stronie o
zamku w Malborku.)
Wszystkie też cechy owych polskich zadiablonych gór
zdają się pokrywać z cechami gór w Nowej Zelandii
które ukrywają Taniwha w swoim wnętrzu.
Część G:
Ciekawostki Nowej Zelandii wynikające z eksplodowowania statku kosmicznego (a ściślej tzw. "wehikułu czasu") koło Tapanui w 1178 roku:
#G1.
Miejsce eksplozji UFO koło Tapanui:
Prawdopodobnie każdy słyszał o słynnej
eksplozji Tunguskiej w Centralnej Syberii,
z 1908 roku. Otóż Nowa Zelandia doświadczyła podobnej eksplozji w 1178 roku. Tyle
że owa nowozelandzka eksplozja była wiele razy bardziej potężna niż owa rosyjska.
Ponadto nowozelandzka eksplozja pozostawiła po sobie ogromny krater oraz liczne
inne dowody materialne, jakie można sobie pooglądać nawet obecnie. Owa eksplozja
UFO z Nowej Zelandii miała miejsce koło małego miasteczka nazywanego Tapanui.
Do dzisiaj można tam znaleźć liczne jej pozostałości, a także dowody materialne
że faktycznie miała ona miejsce. Niektóre z nich można zobaczyć na stronie
internetowej oznaczonej w "Menu 2" jako
Tapanui.
* * *
Ponieważ skompletowałem sporo badań nad ową eksplozją UFO koło Tapanui,
sporządziłem dla niej odrębną stronę internetową wyłącznie poświęconą
dla jej opisania. Jeśli więc czytelnik zechce teraz dowiedzieć się więcej
na temat owej gigantycznej eksplozji UFO, powinien przenieść się na stronę
Tapanui
która opisze ją w większej liczbie szczegółów.
Rys. #G1. Widok krateru Tapanui ze znacznej odległości.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
To w tym miejscu w 1178 roku eksplodował stos około 7 wehikułów UFO
typu K6. Krater ten posiada około 1 kilometra średnicy. Odnotuj
ogromną sosnę rosnącą przy górnej krawędzi w pobliżu środka krateru.
Owa sosna jest także widoczna na poprzedniej fotografii tego krateru.
Kolejna sosna rośnie w środku krateru po jego lewej stronie. Odnotuj
też jak maleńkie są szopy w których właściciel tego krateru przechowuje
swoje narzędzia.
Powyższe oraz inne fotografie krateru Tapanui
są również pokazane na odrębnej stronie
tapanui_pl.htm - o eksplozji Tapanui.
Rys. #G2: Widok krateru Tapanui z jego południowego
końca. (Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Powyższa fotografia została wykonana w 1998 roku, wkrótce
po tym jak krater Tapanui przeszedł intensywne zabiegi
kultywacyjne. Pechowo, owe zabiegi zniszczyły wiele z originalnych
atrybutów tego miejsca eksplozji UFO (np. wyrównały zarysy
wewnętrznych kraterów jakie istniały we wnętrzu tego krateru).
Rys. #G3: Kiedykolwiek ekspedycja badawcza była organizowana
do krateru Tapanui, niespodziewanie w kraterze zaczynała panować
nieprzyjemna pogoda jaka czyniła owe badania niemożliwymi.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Najczęściej taka nieprzyjemna pogoda objawiała się silnym wiatrem, lokalną mgłą,
lub silnym opadem deszczu jakie zdumiewająco ograniczały się tylko
do samego krateru. Raz w kraterze odnotowane zostało
tornado.
Na powyższej fotografii udokumentowany został dziwny aczkolwiek
potężny wiatr, jaki podczas jednej z takich ekspedycji badawczych panował
jedynie w samym kraterze Tapanui oraz na jego krawędzi, jednak
zanikał zaledwie kilka metrów od krateru. Później odkryłem że
niewidzialne wehikuły UFO są w stanie kształtować pogodę na
swoje życzenie i to w każdym miejscu w jakim starają się na
coś wpływać ową pogodą.
#G2.
Koncentrycznie powalone drzewa szlachetnego "totara" które pamiętają czasy Jezusa:
W 1178 roku potężna eksplozja koło Tapanui wykorzeniła drzewa,
z jakich niektóre już wówczas liczyły ponad 1000 lat. Drzewa te
w przeważającej części były słynnymi w Nowej Zelandii szlachetnymi
drzewami totara, które rosną bardzo wolno. Faktycznie to
drzewo totara o okolo 1 metra średnicy przed eksplozją Tapanui
musiało rosnąć ponad 1000 lat. Niektóre z tych drzew wywróconych
w 1178 roku przekraczały 2 metry średnicy. To zaś oznacza, że
były one już spore kiedy Jezus przebywał na Ziemi. Po ponad
850 latach leżenia martwymi, drewno z tych drzew (obecnie więc
mające ponad 2000 lat) jest ciągle tak twarde, że lokalni
przedsiębiorczy rzemielśnicy używają je dla wytaczania i rzeźbienia.
Zwykle wykonują z nich najróżniejsze pamiątki dla turystów.
Stąd jeśli ktoś ma wystarczająco dużo szczęścia aby natrafić
na takiego przedsiębiorczego rzemielśnika, wówczas za kilka
dolarów może kupić sobie pamiątkę wykonaną z drewna które
pamięta czasy Jezusa. Jednak nawet jeśli ktoś nie kupi sobie
takiej pamiątki, ciągle powinien przyglądnąć się dobrze owym
starym drzewom totara z nowozelandzkiego krajobrazu, ponieważ
zamrożone w nich jest wiele historii i zaskakujących zdarzeń -
po szczegóły patrz strona oznaczona w menu nazwą
Tapanui.
Rys. #G4. Tak oto wyglądają stare kłody szlachetnych drzew zwanych
totara, jakie powykorzeniane były w 1178 roku przez podmuch
eksplozji Tapanui. (Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Na przekór swych owierzchni faktycznie wygladającej
na ich wiek, w środku mają one twarde i zdrowe szlachetne drewno czerwonego
koloru. Jakość tego szlachetnego drewna jest jeszcze wyższa niż drewno dębowe
z Europy. Miejscowi przedsiębiorczy rzemielśnicy używaja to szlachetne drewno
do wytaczania najróżniejszych pamiątek wysoce cenionych przez turystów z
powodu ich piękna. Aby pokazać jak owo zdrowe czerwone drewno wygląda,
usunąłem fragment powierzchni z przedniej części powyższej kłody. Zauważ,
że poza ową kłodą widoczny jest fragment okrężnej krawędzi nieco odstającej
z poziomu pastwiska. Wgłębienie jakie owa krawędź otacza, to właśnie krater
Tapanui. Powyższa stara kłoda drzewa totara zwykła leżeć jedynie około
400 metrów od krawędzi tego krateru.
#G3.
Niezwykłe "kamienie ceramiczne":
Wyobraźmy sobie eksplozję wehikułu UFO lecącego na niskiej wysokości tuż ponad powierzchnią lasu. Jego pędniki wypełnione po brzegi energią magnetyczną i rozlokowane na kształt czaszy reflektora, nagle uwalniają potężną falę uderzeniową o sile kilku milionów ton TNT skierowaną wzdłuż linii sił ziemskiego pola magnetycznego. Fala ta jak współczesny pocisk kumulacyjny wbija się w ziemię wyrywając w niej ogromny krater. Odłamy gleby poprzednio zalegającej ten krater, wymieszanej z fragmentami rosnących na niej drzew wyrzucone zostają w powietrze i rozbryźnięte na ogromne odległości od miejsca ich oryginalnego zalegania. Podczas lotu w powietrzu ze wszystkich stron oblewa je żar i ciśnienie eksplozji. Otoczone rozżarzonym powietrzem o ogromnym ciśnieniu bryły te w przeciągu sekund zamieniają się w kamienie których powierzchnia topnieje od gorąca. Pęd rozpalonego powietrza zaczyna modelować je w piękne aerodynamiczne kształty. Po opadnięciu i ostygnięciu wyglądają więc jak piękne naturalne rzeźby, o fantazyjnych kształtach i żywych kolorach. Z uwagi na ich fizykalne własności przypominające bryły porcelany, w Nowej Zelandii dosłownie nazywane są one "porcelanowymi kamieniami" (po angielsku "china stones"). We wszystkich swoich polskojęzycznych publikacjach dotyczących legendarnej eksplozji UFO koło Tapanui autor nazywa je "kamieniami ceramicznymi".
Na totaliztycznej stronie internetowej
tapanui_pl.htm - o eksplozji Tapanui
pokazane jest zdjęcie takiego ceramicznego kamienia
(kliknij tutaj aby oglądnąć owo zdjęcie).
Część H:
Ciekawostki Nowej Zelandii wynikające z zafalowań "przestrzeni czasowej" spowodowanej eksplozjami wehikułów czasu:
#H1.
Powtarzalne choć krótkotrwałe pojawianie się w Nowej Zelandii zwierząt dawno już wymarłych:
Wehikuły UFO jakie eksplodowały
koło Tapanui reprezentują tzw.
wehikuły czasu.
Z kolei eksplozja wehikułu czasu wzbudza
potężne zakłócenia w "przestrzeni czasowej",
a więc również zakłócenia w ciągłości upływu
czasu na danym terenie. Czas zaczyna tam
wówczas falować tak jak fale na jeziorze. Ów
falujący czas z kolei posiada zdolność do
wynoszenia do naszych czasów najróżniejszych
zwierząt (lub ludzi), jakie normalnie żyją
w odmiennych czasach. Przykłady takich
wymarłych już zwierząt krókotrwale pojawiajacych
się w naszych czasach obejmują gigantyczne
ptaki moa, a także przedpotopowy stwór drapieżny
podobny do krokodyla.
Na totaliztycznej stronie internetowej
tapanui_pl.htm - o eksplozji Tapanui
pokazane są zdjęcia gigantycznego ptaka moa
(kliknij tutaj aby oglądnąć jedno z tych zdjęć).
W tym miejscu warto sobie uświadomić, że
fluktuacje czasu występują w pobliżu każdego
byłego miejsca eksplozji wehikułu czasu.
Z kolei w historii Ziemi eksplodowało już
sporo takich wehikułów czasu w najróżniejszych
miejscach naszego globu (po szczegóły
patrz podrozdziały C7 do C7.3 w monografii
[5/4]).
Dlatego takie prehistoryczne zwierzęta pojawiają
się i znikają nie tylko w Nowej Zelandii, ale także
i w całym szeregu najróżniejszych innych
miejsc naszej planety. Najbardziej znanym
z nich jest słynny "Nessie" z jeziora Loh
Ness w Szkocji, a także podobny do dinozaura
potwór z jeziora Cini w Malezji.
#H2.
Dzisiejsze obserwacje wymarłego ptaka moa:
Już dawno wymarłymi zwierzętami
najczęściej pojawiającymi się w Nowej
Zelandii w wyniku owych zafalowań przestrzeni
czasowej są ogromne ptaki Moa. Co jakiś
też czas w Nowej Zelandii ludzie widzą
owe ptaki, lub odnajdują ich ślady - na
przekór że ptaki Moa całkowicie wymarły
w 1178 roku, tj. zaraz po owej eksplozji UFO
koło Tapanui. Stąd jednego dnia ludzie je
spotykają i widzą, następnego dnia nie daje się
już ich odnaleźć. Najnowszy przypadek kiedy to
dwóch australijskich naukowców odnalazło
świeże ślady tzw. "scrub moa" w nowozelandzkiej
puszczy z okolic Urewera, opisany został
w artykule zatytułowanym "Urewera moa
'probably emu' ", opublikowanym
na stronie A5 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z środy (Wednesday), January 9, 2008.
Te same świeże ślady moa opisane również
zostały w jeszcze jednym artykule o tytule
"Big birds puzzle experts" (tj. "Ogromne
ptaki zastanawiają ekspertów") który ukazał
się na stronie A8 nowozelandzkiej gazety
The New Zealand Herald,
wydanie z czwartku (Thursday), January 10, 2008.
Powinienem tu dodać, że jeden z moich
znajomych, w 1987 roku sfotografował świeży szlak
z wyraźnymi odciskami stóp, wykonany przez
gigantycznego ptaka moa.
#H3.
Historyczne obserwacje wymarłego ptaka moa:
Obserwacje od dawna wymarłego już
ptaka moa przynoszonego do naszych
czasów przez takie zafalowania przestrzeni
czasowej wcale nie są ograniczone tylko
do naszych czasów - znaczy do czasów
kiedy wyobraźnia ludzi jest inspirowana
przez wystawy muzealne i przez filmy
dokumentarne w telewizji. Faktycznie to
owe wymarłe ptaki moa są widywane w
Nowej Zelandii od początku europejskiego
osadnictwa w tamtym kraju. Dla przykładu,
takie właśnie zafalowanie czasu najprawdopodobniej
jest odpowiedzialne za nastepującą wiadomość
która pojawiła się w nowozelandzkiej gazecie "The Southland Times",
wydanie z dnia 5 marca 1875 roku, strona 3, cytuję:
"Christchurch, 4 marca. Oświadczenie pojawiło
się w Globe od godnego zaufania korespondenta,
którego jednakże Globe nie ujawnił, że ślady moa
zostały odkryte w lasach Oxford Bush, czterdzieści
mil od Christchurch, dnia 2 marca. Trzy osoby
podobno widziały te ślady, każdy mierzący sześć
cali, z odstępem pomiędzy każdym śladem pomiędzy
siedmiu a dziewięciu stóp. Ślady te były sprawdzane
na dystansie pół mili". (W oryginale angielskojęzycznym:
"Christchurch, March 4. A statement appears in
the Globe from a trustworthy correspondent, whom
however the Globe does not vouch for, that moa’s
tracks had been discovered at Oxford Bush, forty
miles from Christchurch, on the 2nd March. Three
people are alleged to have seen footprints, each
measuring six inches, the distance between each
footprint being from seven to nine feet. The tracks
were followed for half-a-mile.")
#H4.
Trwałe przyniesienie do naszych czasów jaszczura "tuatara" zwanego "kluczem do wiedzy":
Jednym z bardziej znaczących przykładów materiału dowodowego
popierającego sporadyczne pojawianie się w naszych czasach
ptaka Moa, jest równoległe pojawienie się w Nowej Zelandii innego
stworzenia, które również mogło zostać pochwycone z odległych
epok geologicznych i przeniesione do obecnych czasów w efekcie
takich zaburzeń (zafalowań) przestrzeni czasowej. Jest nim sporej
wielkości stwór jaszczurowaty pokrewny do dinozaurów i nazywany
"tuatara". Został on dokładniej opisany w podrozdziale C7.3, w punkcie
E1 z rozdziału I, oraz w punkcie E1 z podrozdziału G5 monografii [5/4].
Żył on już na Ziemi około 150 milionów lat temu, zaś niektórzy z jego krewniaków pojawili się aż 225 milionów lat temu. W sensie wieku jest on więc mniej więcej rówieśnikiem dla węgla kamiennego, czyli rodzajem "żywej skamienieliny".
Zgodnie z teoriami zaproponowanymi w monografiach [5/4] i [1/4],
jaszczur tuatara najprawdopodobniej został przeniesiony do naszych
czasów z odległych epok geologicznych w efekcie zaburzenia
(zafalowania) owej tzw. "przestrzeni czasowej" w chwili eksplozji
koło Tapanui wehikułu czasu (po więcej danych patrz np. punkt #6
w rozdziale K z [5/4]). Gdyby teorie te były prawdziwe, wtedy oczywiście
możnaby je udowodnić lub obalić odpowiednimi badaniami - przykładowo
poprzez sprawdzenie czy istnieją jakieś dobrze udokumentowane
i niezawodnie datowane szczątki Tuatara pochodzące z czasów
poprzedzających eksplozję Tapanui. (Ja od dawna rozglądam
się za jakimiś dowodami że takie szczątkami istnieją. Jednak, jak
dotychczas, ku swemu zdumieniu, faktycznie nie zadołałem natrafić
na żaden ślad istnienia w Nowej Zelandii jakichkolwiek szczątków
tuatara starszych niż 900-letnich.)
Intrygującą ciekawostką "Tuatara" jest, że tłumaczenie znaczenia jego (maoryskiej)
nazwy brzmi "klucz do wiedzy". Ja wyjaśniam sobie to znaczenie w
następujący sposób. Maorysi utrzymywali (i utrzymują zresztą do dzisiaj)
żywe kontakty ze swoimi kosmicznymi "Tohunga", tj. kosmicznymi
nauczycielami i nadzorcami z UFO. Jako, że owi "Tohunga" posiadają wiedzę
UFOnautów,
doskonale wiedzą oni, że "Tuatara" pojawiły się w Nowej Zelandii w wyniku silnego zafalowania przestrzeni czasowej. Jako takie, nasze zrozumienie mechanizmu ich przybycia do naszych czasów stanowi "klucz do wiedzy". Kiedy zaś Maorysi zostali o tym poinformowani, z czasem zapomnieli uzasadnienia dlaczego "Tuatara" są "kluczem do wiedzy", niemniej przez zwykły szacunek do swoich "Tohunga" utrzymali ową nazwę dla tej "żywej skamienieliny".
Żywe tuatara można zobaczyć w aż kilku miejscach
Nowej Zelandii. Prawdopodobnie najłatwiej dostępnym
z tych miejsc jest
muzeum w Invercargill
(o bezpłatnym wstępie), które utrzymuje swoją
własną sporą populację żywych tuatara. Oto zdjęcie
żywego jaszczura "tuatara" o około 40 cm długości,
utrzymywanego w owym "tuatarium" z muzeum w Invercargill
(kliknij tutaj aby zdjęcie to oglądnąć).
Część I:
Ciekawostki Nowej Zelandii spowodowane skażeniem przez eksplozję Tapanui gleby i wód owego kraju niezwykłym polem telekinetycznym (które wyzwala gigantyczne mutacje organizmów żywych):
#I1.
Gigantyczne mutacje stworzeń zamieszkujących Nową Zelandię:
Podczas eksplozji Tapanui cała powierzchnia
Nowej Zelandii została skażona telekinetycznie.
Owe telekinetyczne skażenie zawarte jest w
glebie Nowej Zelandii do dzisiaj. Ma ono tą
niezwykłą zdolność, że wyzwala gigantyczne
mutacje organizmów żywych. Dlatego najróżniejsze
organizmy jakie zamieszkują Nową Zelandię
od czasu do czasu mutują do gigantycznych
rozmiarów. Stąd kiedy ktoś przebywa w Nowej
Zelandii, może się tam spotkać z takimi ogromnymi
mutacjami. Najsłynniejsze i naczęściej spotykane
z nich są liczne mutacje super-ptaka Moa.
Jedna z jego mutacji wyrastała do rozmiaru
żyrafy. (Moa normalnego rozmiaru są wielkości
indyka.) Ptaki te mogą być oglądane w praktycznie
każdym muzeum z terenu Nowej Zelandii.
Mutacje innych organizmów mogą być oglądane
głównie w gazetach, jako że muzea nie są
zainteresowane w ich eksponowaniu. Przykładem
takich mutantów pokazywanych głównie w
gazetach, może być gigantyczny rak pokazany
na "Rys. #I1", czy gigantyczne grzyby "purchawki"
("puff-balls") jakich kolorowa fotografia jest
pokazana na "Rys. #I2". (Opis owych "purchawek"
publikowany był w artykule "Sprouting puff-balls"
z nowozelandzkiej gazety z Dunedin o nazwie
Otago Daily Times
wydanie datowane w czwartek (Thursday),
26 marca 1998 roku, strona 11, sekcja
"Regional News". Artykuł ten ciągle jest
dostępny "on line" na stronie internetowej
owej gazety.) Pamietam też że wkrotce po
moim przybyciu do Nowej Zelandii w 1982
roku, jakaś gazeta (bodajże była to
The Press
z Christchurch) opublikowała fotografię
jadalnego grzyba wielkości dorosłego człowieka.
Ów rodzaj grzybów rośnie równiez w Polsce,
gdzie nazywany jest "prawdziwek". Znam go
doskonale bowiem jako mały chłopiec zbierałem
go bardzo często. Maksymalny rozmiar jaki
osiąga on w Polsce wynosi około 30 cm wzrostu.
Stąd ów nowozelandzki gigant był około 6 razy
wiekszy niż normalnie. Mechanizm jaki powoduje
owe gigantyczne mutacje organizmów żywych
opisany jest dosyć dokładnie w podrozdziale
JE9.3 z monografii [1/4].
* * *
W mojej prywatnej opinii, temat gigantycznych
mutacji z Nowej Zelandii, zamiast bycia wyciszanym,
powinien być pilnie badany. Jest tak ponieważ
właśnie obecnie nasza planeta przechodzi
przez gorączkę inżynierii genetycznej
("genetic engineering" lub "GE"). Chodzi bowiem
o to, że gigantyczne mutacje z Nowej Zelandii
mogą ukrywać wskazówki co nas czeka w
przyszłości jeśli pozwolimy aby GE dziko
rozprzestrzeniała się po naszej planecie
jak nieposkromiony pożar.
Rys. #I1: Gigantyczny mutant raka morskiego
lokalnie nazywanego "packhorse crayfish". (Kliknij na tą
fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Waży on 6.3 kilograma i mierzy 1.34 metra długości (normalnych
wymiarów rak tego gatunku jest około 10 razy mniejszy).
Został on złapany przez Mr Brian Hoult z Hikurangi,
koło Three Mile Reef w morze od Bream Bay, na północ
od Whangarei krótko przed 27 września (September)
2003 roku. Opisy tego raka, ilustrowane powyższą
fotografią, najpierw opublikowane były w gazecie
The Northern Advocate (P.O. Box 210,
Whangarei, New Zealand) która posiada prawa copyright
na powyższe zdjęcie. Ja zaś znalazłem je w artykule
"Monster crayfish could be 100" jaki pojawił się w
innej nowozelandzkiej gazecie
The Dominion Post,
wydanie z soboty, 27 września (Saturday, September 27),
2003 roku, strona A9. Powyższy gigantyczny rak jest
tylko pojedyńczym przykładem z ogromnej liczby
gigantycznych mutacji jakie bez przerwy pojawiają
się w Nowej Zelandii z powodu telekinetycznego skażenia
jej terytorium spowodowanego eksplozją Tapanui z
1178 roku. Ponieważ sprawa inżynierii genetycznej -
Genetic Engineering (GE) staje się tak paląca ostatnio,
w mojej opinii owa sprawa gigantycznych mutacji
nowozelandzkich powinna być pilnie badana.
Zdjęcie innego równie gigantycznego raka morskiego
po polsku nazywanego homarem, zaś po angielsku
crayfish lub lobster, pokazane zostało w artykule "New
home for old timer of the deep" (tj. "Nowy dom dla
staruszka z głębin") opublikowanym na stronie A4
nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z piątku (Friday), February 15, 2008.
Ten inny rak ważył około 6 kilogramów, był długi na
60 cm, oraz uważano że liczył on około 50 lat. Jego
mięso przy cenach w dniu jego złapania około $60
za kilo, warte było $360. Złapany on został koło
północnego końca Kapiti Island, oraz udostępniony
żywy do oglądania przez wizytujących "Marine Education
Centre" w Island Bay, Wellington, Nowa Zelandia.
Rys. #I2: Fotografia gigantycznych grzybów
popularnie nazywanych "purchawkami".
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Była ona opublikowana w artykule "Sprouting puff-balls"
z doskonałej gazety nowozelandzkiej z Dunedin o nazwie
Otago Daily Times
wydanie datowane w czwartek (Thursday),
26 marca (March) 1998 roku, strona 11,
sekcja "Regional News". Gazeta
Otago Daily Times
jest właścicielem praw copyright do powyższego
zdjęcia. Odnotuj że owa gazeta posiada doskonale
utrzymywaną stronę internetową jaka udostępnia
wszystkie jej dawne artykuły począwszy od 1 lipca
(July) 1997 roku. Powyższy artykuł, ale bez zdjęcia,
jest więc dostępny "on line" na owej stronie internetowej.
Interesującym w powyższym zdjęciu jest, że widać
na nim iż owe gigantyczne purchawki rosną wzdłuż
obwodu okręgu. To bowiem oznacza, że ich mutację
do gigantycznych rozmiarów spowodowało lądowanie
dyskoidalnego wehikułu UFO drugiej generacji,
którego pędniki nasyciły glebę polem telekinetycznym.
Na indukowanie takich gigantycznych mutacji grzybów
przez telekinetyczny napęd wehikułów UFO wskazuje
też fakt, że mutacje takie sporadycznie pojawiają się
również poza Nową Zelandią. (Wszakże telekinetyczne
wehikuły UFO lądują praktycznie we wszystkich częściach
świata.) Jako przykład patrz artykuł zatytułowany
"It's a $430,000 fungus - the biggest truffle found
for 50 years nets a small fortune at auction" opublikowany
na stronie B2 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
issue dated on Monday, December 3, 2007. Pokazane
jest tam zdjęcie 1.5 kilogramowej białej truffli, o średnicy
około 30 cm, znalezionej w Palaia koło Pisa we
Włoszech. Normalne białe truffle ważą 30 do 80
grams i osiągają średnicę nie większą niż 5 cm.
Stąd owa gigantyczna trufla miała średnicę większą
około 6 razy, podczas gdy wagowo była większa
około 18 razy od normalnej białej trufli.
Rys. #I3: Łąka cała pokryta kolistymi lądowiskami
telekinetycznych wehikułów UFO. (Kliknij na tą fotografię
aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Ja stoję w centrum
pierwszego z owych lądowisk. Kilka dalszych takich pierścieniowatych
lądowisk UFO jest widocznych po mojej prawej stronie.
Takie lądowiska telekinetycznych wehikułów UFO są
podstawowym materiałem dowodowym, że to telekinetyczne
skażenie otoczenia jest odpowiedzialne za przyspieszony
wzrost ogranizmów żywych z Nowej Zelandii. Jest tak
ponieważ, jak powyższa fotografia to dokumentuje, roślinność
z pierścienia gleby poddanej działaniu telekinetycznego pola
napędzającego wehikuły UFO rośnie do około 12 razy szybciej
i wyżej niż otaczająca ją roślinność.
Rys. #I4: Gigantyczna mątwa (po angielsku "squid")
złapana w nowozelandzkich wodach. (Kliknij na tą fotografię
aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Powyższa fotografia
pochodzi z artykułu "Tales of cannibalism from the deep sea"
(tj. "Wieści o kanabiliźmie z głębin morskich"), jaki pojawił się
na stronie A15 nowozelandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie ze środy, 8 października (October) 2003 roku. Owa gazeta
The Dominion Post
jest też właścicielem copyrights do powyższego zdjęcia. Pokazana
tutaj mątwa jest około 10 metrów długa, zaś jej ostre szpony w
przeciągu sekund potrafią rozedrzeć na strzępy ciało człowieka.
Rys. #I5: Gigantyczny pstrąg tęczowy z Nowej Zelandii.
(Kliknij na tą fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
(Copyright The Press, Christchurch, New Zealand.) Był on 1.02 metra
długi, ważyl 17.5 kg, oraz nieoficjalnie został uznany za światowy
rekord. Został on złapany w Kanale Tekapo, przez Pana Tony Washington,
z Geraldine, New Zealand. Powyższa fotografia pochodzi z artykułu
"Fisherman angling for a world record" ("Rybak złapał światowy rekord")
pochodzący ze strony A4 nowozalandzkiej gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku, 18 November 2003. Jednak ów artykuł bazował
na podobnym artykule o tytule "Record Fish hooked on a reel-in"
("Rekordowa ryba złapana na wędkę") jaki pojawił się na pierwszej
stronie z wydania datowanego November 18, 2003 gazety z Christchurch
nazywającej się
The Press,
której reporter wykonał powyższą fotografię. Stąd owa
The Press
posiada też prawa copyright do powyższego zdjęcia. Omawiane
artykuły stwierdzają, że poprzedni rekord światowy dla pstrąga
tęczowego wynosił 17 kg, oraz że był on złapany w dokładnie
tych samych wodach co powyższy. Z kolei na stronie A8 wydania
gazety nowozelandzkiej
The Dominion Post,
datowanego we wtorek, 2 grudnia 2003 roku, fotografia gigantycznego
brązowego pstrąga (brown trout) jest publikowana pod tytułem
"Tukituki titan". Dane na temat jego wagi lub wymiarów nie zostały
tam podane. Jednak szacując z porównania go do osoby która go
trzyma, jest on co najmniej wielkosci pstrąga pokazanego na
powyższej fotografii, jeśli nie nawet większy. Kolorowa fotografia
i dane jeszcze innego ogromnego pstrąga tęczowego,
opublikowane zostały w artykule "Farmed trout" z nowozelandzkiej
gazety
The Dominion Post,
wydanie z wtorku, dnia 27 grudnia (Tuesday, December 27), 2005 roku,
strona A2. Pokazany tam pstrąg miał 12 kilogramów wagi, zaś jego
całkowita długość wynosiła około 82 cm.
Aby uświadomić sobie jak gigantycznych rozmiarów
jest ów pstrąg pokazany na powyższym "Rys. #I5",
wystarczy wspomnieć że w 2003 roku najmniejsza długość
pstrąga ciągle dozwolona do łapania przepisami "Fish and Game
New Zealand" wynosiła 30 cm (co nadaje takiemu pstrągowi wagę
mniejszą niż 0.5 kg). To zaś oznacza, że powyzszy gigant był ponad
3 razy dłuższy od takiego minimalnego dorosłego pstrąga, oraz
ponad 35 razy cięższy od niego. Odnotuj że owa minimalna długość
ryb jest zawsze tak definiowana przez naukowców i prawników, aby
opisywała ona typowego dojrzałego dorosłego osobnika, jaki miał
już możliwość wytarcia się i wyprodukowania następnej generacji.
Gdyby więc powyższe różnice wielkości i wagi pstrągów odnieść do
ludzi, oznaczałoby to znalezienie w Nowej Zelandii ludzkiego giganta,
który jest ponad 3 razy wyższy od typowego dorosłego człowieka
(czyli ma wzrost około 5 metrów), oraz czyja waga przekracza
około 35 razy wagę typowego dorosłego człowieka (czyli wynosi
ponad 2.8 tony). Aby było dziwniej, zgodnie z legendami koło
Timaru w Nowej Zelandii zwykł istnieć szczep tego typu ludzkich
olbrzymów. Był on nazywany "Te Kahui Tipua".
W tym miejscu warto
dodać, że angielskojęzyczne wyrażenie "catch 30 pounder"
(tj. "złapać 30-to funtowca") jakie bezpośrednio referuje do
złapania pstrąga o wadze 30 funtów, lub więcej, w rzekach Szkocji,
w dawnym języku angielskim stanowiło symbol niemożliwości.
Jedynie ostatnio zostało ono zastąpione powiedzeniem
"if pigs could fly" (tj. "gdyby świnie mogłyby latać") które
jest najnowszym symbolem niemożliwosci.
Tzw. "sceptycy" skonfrontowani ze zdjęciem
powyższego pstrąga prawdopodobnie zignorują
wyjaśnienie, że to telekinetyczne skażenie naturalnego środowiska
Nowej Zelandii, tj. produkt uboczny eksplozji Tapanui, spowodowało
wzrost takich gigantycznych organizmów. Prawdopodobnie
by też argumentowali, że ryby rosną podczas całego życia.
Jeśli więc da im się wystarczająco dużo czasu i wystarczająco
dużo pokarmu, wówczas mogą osiągnąć dowolny rozmiar.
Aczkolwiek musimy zgodzić się z takimi argumentami w
odniesieniu do niektórych ryb, nie mogą one być ekstrapolowane
do innych gigantycznych stworzeń Nowej Zelandii. Dla przykładu,
nikt nie może argumentować, że jeśli weźmie się młodego
indyka, da mu pod dostatkiem jedzenia i pozwoli mu się rosnąć
dowolnie długo, wówczas osiągnie on wielkość nowozelandzkiego
super-ptaka Moa. (Oryginalna wielkość tzw. "bush Moa"
z jakiej wszelkie olbrzymie Moa potem się wymutowały,
była właśnie wielkości indyka.) Z kolei istnieje na tyle wiele
odmiennych gatunków stworzeń wyrastających w Nowej
Zelandii do gigantycznych rozmiarów, że musi w tym
kryć się "coś wiecej" niż zwykły przypadek. Moja teoria o
telekinetycznym skażeniu
Nowej Zelandii, jakie po raz ostatni na masywną skalę
miało miejsce w 1178 roku podczas
eksplozji UFO koło Tapanui,
jak dotychczas jest jedyną teorią naukową która wyjaśnia
czym właściwie jest owo "coś więcej". Ponadto owa
teoria posiada potwierdzenie w najróżniejszym empirycznym
materiale dowodowym, dla przykładu w ponad 12 razy
wyższym i szybszym wzroście roślin na byłych lądowiskach
telekinetycznych UFO.
#I2.
Ludzkie giganty Nowej Zelandii:
Nowozelandzka gazeta o nazwie
Timaru Herald,
w swoim wydaniu datowanym 24 lutego
1875 roku, strona 3, pisze co natępuje, cytuję:
"Odkrycie resztek ludzkich. Bardzo duży
szkielet został znaleziony wczoraj jakieś 7 stóp
pod powierzchnią piasku na półwyspie rzeczki
Saltwater Creek. Pan Bullock, woźnica, podczas
gromadzenia piasku dla potrzeb budowlanych,
wpadł na ten relikt przeszłych wieków i przywiózł
fragmenty do miasteczka. Mieliśmy możliwość
ich przeglądnięcia, i zostaliśmy uderzeni przez
ich symetrię nie mniej niż przez ich ogromne
rozmiary. Wyglądają jak należące do osoby
gigantycznych rozmiarów; jednak jak narazie
sę niekompletne co czyni trudnym wyznaczenie
wymiarów jego ciała. Kości szkieletu są bardzo
rozłożone, fakt jaki rozpatrywany w powiązaniu
z suchością miejsca w jakim został znaleziony,
prawdopodobnie sugeruje jego znaczny wiek.
Powinniśmy mieć więcej do powiedzenia na
temat tego interesującego odkrycia w naszym
następnym wydaniu." (W oryginale angielskojęzycznym: "Discovery of Human Remains. A very large skeleton was found yesterday, about 7 feet below the surface of the sand on the Saltwater Creek spit. Mr Bullock, the carter, in removing some sand for building purposes, dropped across this relic of a past age and brought the fragments to town. We have had an opportunity of inspecting them, and were struck by their symmetry no less than their great size. They appear to have belonged to a man of gigantic statue; but are so far incomplete as to render it difficult to ascertain the dimensions of his frame. The bones are much decayed, a fact which taken in connection with the dryness of the situation where they were found, probably indicates for them a great antiquity. We shell have some more to say about this interesting discovery in our next issue.")
Ja badałem sprawę owego ludzkiego giganta kiedy
w latach 1999 do 2001 zatrudniony byłem w Timaru.
Wyniki tamtych swoich badań opublikowałem w
rozdziale B traktatu [7/2]. Zgodnie z tamtejszą
miejscową tradycją słowną, szkielet tego giganta
był szacowany jako należący do osoby około
8 metrów wysokiej. Miał on tak ogromną czaszkę,
że normalna ludzka czaszka całkowicie się
mieściła w jego ustach. Należał on do
tajemniczego szczepu miejscowych gigantów,
jaki przez Maorysów nazywany był Te Kahui
Tipua. Szczep ten zamieszkiwał okolice
Timaru aż do około 18 wieku. Liczne szkielety
owych gigantów z Timaru zostały odkryte, jednak
wkrótce potem znikały one w tajemniczych
okolicznościach. Najbardziej ostatnie odkrycie
dwóch takich gigantycznych szkieletów ludzkich
miało miejsce w latach 1960-tych, w obszarze
Timaru nazywanym "Maori Park". Miejscowa
gazeta
Timaru Herald,
także rozpisywała się szeroko na ich temat, zaś
wielu miejscowych ludzi ciągle pamięta tamte
opisy. Niestety, ja nie byłem w stanie pozwolić
sobie na wkład pracy długotrwałego poszukiwania
jaki byłby wymagany dla znalezienia szczegółów
wydawniczych oryginalnych artykułów na ich
temat. Wkrótce po odkryciu, jak wszelkie inne
szczątki nowozelandzkich gigantów, także i te
zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Obecnie
nikt nie potrafi wskazać co z nimi się stało.
Ja podjąłem wysiłek prześledzenia dalszego
losu giganta opisanego w powyżej cytowanym
artykule z 1875 roku. Kiedy jednak byłem
bardzo bliski odnalezienia osoby która posiadała
ogromną dolną szczękę owego giganta jako
rodzaj makabrycznej pamiątki, niespodziewanie
zostałem usunięty z pracy w Timaru i zmuszony
zostałem do przeniesienia się do innej miejscowości
aby zarobić na swój chleb codzienny. Wygląda
więc, że owa sekretna
czarna moc
jaka zniewala naszą planetę i o jakiej piszę na
stronie internetowej
evil_pl.htm,
nie życzy sobie abyśmy dowiedzieli się czegokolwiek
na temat istnienia ludzkich gigantów w Timaru.
Podobne były losy olbrzymich szkieletów Maorysów
jakie znalezione zostały w jaskini grobowcowej z Portu
Waikato, jakieś 70 mil na południe od Auckland. One
też tajemniczo poznikały. Owe szkielety z Port Waikato
opisane zostały w artykule [2VB5.1.1] "Caves could reveal secret of tall Maoris" (tj. "Jaskinie mogą odsłonić sekrety olbrzymich Maorysów"), opublikowany w gazecie N.Z. Truth, wydanie ze środy (Wednesday), 29 September 1965, strona 13. Także wszelkie odkrycia pozostałości gigantów dokonane poza Nową Zelandią spotyka podobnie mizerny los. Przykładowo w książce [3VB5.1.1] pióra William'a R. Corliss'a, "Incredible Life: a Handbook of Biological Mysteries", Source Book Project (P.O. Box 107, Glen Arm, MD 21057, USA) April 1981, ISBN 0-915554-07-0, na stronach 34 do 35 widnieje historyczna wzmianka, że Patagonię w Południowej Ameryce już w czasach historycznych zamieszkiwali wielkoludzi powyżej 4 metrowej wysokości. Ostatnia historycznie udokumentowana styczność Europejczyków z takim wielkoludem miała miejsce w 1559 roku, zaś ich groby i szkielety ciągle jeszcze znajdowano w 1615 roku. Ciało jednego z ostatnich z owych gigantów Patagońskich chciano nawet przetransportować do Hiszpani. Niestety statek który je przewoził, zapewne za sprawą okupujących nas UFOnautów, natknął się na silną burzę u wybrzeży Północnej Afryki i zatonął. W ten sposób zaginął i ów najbardziej ewidentny dowód na istnienie gigantów na Ziemi. Z kolei w Syrii do dzisiaj istnieje sarkofag bibilijnego giganta, Abla. (Tego który został zabity przez normalnej wielkości brata Kaima - patrz Biblia, Genesis, 4:8.) Sarkofag ten jest długi na jakieś 5 - 6 metrów. Jego kolorowe zdjęcie opublikowane zostało w książce [4VB5.1.1] pióra Andrzeja Olszewskiego, "Paradoksy tajemnicy wszechświata" (Warszawa 1998, ISBN 83-900944-2-8, 314 stron; Konsultacje w sprawie dystrybucji: Wydawnictwo A. Olszewski, 00-976 Warszawa 13, skr. pocztowa 87). Aby jednak powstrzymać docieranie turystów do tego sarofagu i stąd powstrzymać upowszechnianie się po świecie informacji o jego istnieniu, za sprawą okupujących nas UFOnautów obszar w jakim się on znajduje zamieniony został w pilnie strzeżoną strefę wojskową obecnej Syrii.
Dzisiejsza medycyna uznaje aż kilka odmiennych
powodów, dla jakich ludzie mogą wyrastać na gigantów.
Wśród tych trwała telekinetyzacja nie jest jednak
uznawana. Istnieje jednak jeden rodzaj empirycznego
materiału dowodowego, który wskazuje właśnie
trwałą telekinetyzację jako powód dla mutowania
się ludzkich gigantów w Nowej Zelandii. Dowodem
tym jest empiryczne odkrycie dawnych Maorysów
(przekazywane nam w formie ich tradycji słównej),
że jeśli szczątki ludzkiego giganta pochowane są
w ich ogródkach warzywnych, wówczas warzywa
również wyrastają do gigantycznych rozmiarów.
(Właśnie z powodu owego empirycznego odkrycia,
starożytni Maorysi zwykli zakopywać fragmenty
ludzkich gigantów w ich ogrodkach warzywnych.)
Najbardziej istotny w tym odkryciu jest mechanizm
z użyciem jakiego zdolność do wyrastania do
gigantycznych rozmiarów jest przenoszona z
resztek ludzkich gigantów na warzywa. Jeśli
bowiem dany ludzki gigant wyrósł z powodu
jakiejś choroby, wówczas jego resztki nie byłyby
w stanie wzbudzić wzrostu gigantycznych warzyw.
Jednak jeśli dany ludzki gigant był gigantem
z powodu trwałego natelekinetyzowania, wówczas
natelekinetyzowane pierwiastki zawarte w jego
ciele zostałyby zaabsorbowane przez warzywa,
indukując w nich również wzrost do gigantycznych
rozmiarów. To zaś oznacza, że istnieje empiryczny
materiał dowodowy, jaki wskazuje na wyrastanie
ludzkich gigantów właśnie z powodu trwałego
natelekinetyzowania ich ciał. Wiecej na temat
trwałej telekinetyzacji można znaleźć w podrozdziałach
NB1 i NB2 z tomu 11 monografii [1/4].
#I3.
Dlaczego mutowanie się gigantów ludzkich,
zwierzęcych i roślinnych dostarcza
materiału dowodowego na istnienie
innego świata, Boga, nieśmiertelnej duszy, itp.:
Oficjalna nauka ziemska nie uznaje ani istnienia
telekinezy ani zdolności telekinetycznego skażenia
naturalnego środowiska do zaindukowania mutacji
gigantów. Dlatego powstawanie gigantycznych
mutacji ludzkich, zwierzęcych i roślinnych wyjaśnia
ona na różniejsze sposoby bez uwzględnienia istnienia
oraz wpływu telekinezy. Jednak jeśli przeanalizuje
się materiał dowodowy jaki dostępny jest już
obecnie na naszej planecie, wówczas staje się
oczywiste, że pierwotnym powodem powstawania
dużej proporcji mutacji genetycznych, zwłaszcza
o trwałym charakterze, jest właśnie zjawisko
telekinezy. Jak zaś wyjaśnione to zostało na
stronie internetowej o
Koncepcie Dipolarnej Grawitacji,
telekineza istnieje tylko ponieważ równolegle
do naszego świata fizycznego istnieje również
jeszcze jeden niewidzialny świat, przez ów
koncept nazywany "przeciw-światem", zaś
przez ludzi i religie nazywany "zaświatem"
"innym światem", itp. To właśnie w owym
przeciw-świecie rezyduje
Bóg
oraz to do niego po śmierci przenoszą
się nasze dusze. Z tego powodu fakt
pojawiania się na Ziemi gigantycznych
mutacji najróżniejszych stworzeń jest
faktycznie jednym z całego szeregu biologicznych
dowodów na istnienie przeciw-świata, Boga,
nieśmiertelnej duszy, itp. Cała lista owych
dowodów jest zaprezentowana i dyskutowana
w punkcie #F2 odrębnej strony internetowej o
Biblii autoryzowanej przez samego Boga.
Część J:
Ciekawostki Nowej Zelandii wynikające z prawdopodobnego zaistnienia w owym kraju jeszcze wcześniejszych od Tapanu eksplozji statków kosmicznych:
#J1.
Czyżby jeszcze jeden krater po eksplozji UFO?
Istnieje jeszcze jeden duży starożytny krater
położony na Wyspie Północnej Nowej Zelandii,
którego pochodznie wcale nie jest jednoznaczne.
Wygląd tego krateru pokazany został na zdjęciu
z "Rys. #J1". Problem z nim jest, że posiada on
wszelkie cechy krateru po ekspolozji UFO, a
jednocześnie nie wykazuje posiadania cech
charakterystycznych dla kraterów wulkanicznych.
Czyżby więc było to jeszcze jedno miesce
eksplozji wehikułu UFO, podobne do Tapanui,
tyle że kilka tysięcy lat starsze niż Tapanui?
Rys. #J1: Widok z lotu ptaka na tajemniczy krater jaki
istnieje na Wyspie Północnej Nowej Zelandii. (Kliknij na tą fotografię
aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
Powyższa
fotografia została opublikowana na stronie 48 w interesującej
książce pióra Phillip'a Andrews, zatytułowanej "TARAWERA
and the terraces". (Książka ta dostępna jest bezpośrednio od
jej autora pod adresem 27 Alastair Avenue, Rotorua, Nowa
Zelandia, w cenie $21.00). Podpis pod tym starożytnym
kraterem informuje że jest on zlokalizowany koło "Te Whekau
lagoon", znaczy w trójkącie pomiędzy trzema jeziorami,
mianowicie Tarawera, Okareka, oraz Okataina (tj. około 50
kilometrów na wschód od Rotorua). Chociaż ów obszar jest
sejsmicznie bardzo aktywny, faktycznie powyższy krater nie
wykazuje posiadania cech typowych dla pochodzenia wulkanicznego.
Jego cechy są jednak ogromnie podobne do cech krateru
Tapanui pokazanego na "Rys. #G1" powyżej. To indukuje najróżniejsze
zapytania, przykładowo czy jest to możliwe że dzisiejsza aktywność
sejsmiczna Rotorua spowodowana została właśnie poprzez
zniszczenie płyty tektonicznej w owym obszarze przez potężną
eksplozje UFO jaka miała tam miejsce w starożytności.
Powyższa fotografia jest zreprodukowana za pozwoleniem
Philip'a Andrews (p-j.andrews@xtra.co.nz), który wykonał
tą fotografię "Te Whekau lagoon", jednak nie uważa że
przedstawia ona cokolwiek innego niż zwykły krater po
eksplozji wulkanicznej.
Rys. #J2: Fotografia krateru Schooner z USA, uformowanego
poprzez napowierzchniową eksplozję nuklearną. Jest ona objaśniona
bardziej szczegółowo w rozdziale C z monografii [5/4]. Ilustruje ona
że najważniejsze cechy konfiguracyjne takiej napowierzchniowej eksplozji
nuklearnej zaczynają się upodabniać do cech ujawnianych przez kratery
z rysunków "Rys. #J1" i "Rys. #G1". Pechowo, nasza dzisiejsza cywilizacja
nie jest jeszcze w stanie formować kraterów poprzez eksplozje napowietrzne.
Jednak możemy ekstrapolować atrybuty takich kraterow z eksplozji napowietrznych
poprzez ekstrapolowanie atrybutów kraterów z podziemnych i napowierzchniowych
eksplozji. Jak wówczas się okazuje, takie kratery z eksplozji napowietrznych
powinny wyglądać dokładnie tak jak owe pokazane na ilustracjach "Rys. #J1"
i "Rys. #G1". Jednak tylko napowietrzne eksplozje wehikułów innych cywilizacji
są w stanie wytworzyć wystarczającą gęstość przestrzenną energii jaka jest
wymagana dla wytworzenia krateru. To praktycznie oznacza, że kratery z
rysunków "Rys. #J1" i "Rys. #G1" muszą pochodzić z napowietrznych
eksplozji wehikułów UFO (tj. nie istnieje żaden inny sposób na jaki kratery
takie mogłyby zostać uformowane).
Część K:
Podsumowanie, oraz informacje końcowe tej strony:
#K1.
Podsumowanie tej strony:
Ja osobiście nie spotkałem się jeszcze z
krajem w którym współistnieje ze sobą tak
szeroka i tak duża różnorodność tajemniczych
obiektów i niewyjaśnionych zjawisk. Jakaż szkoda
że położenie Nowej Zelandii na peryferiach
świata uniemożliwia włączenie się większej
liczby badaczy z innych krajów do wyjaśniania
tejemnic tego kraju. Jak też szkoda, że
rodzimi naukowcy Nowej Zelandii wybrali
pełne godności ignorowanie wszystkiego
co tajemnicze lub niewyjaśnione w ich
włąsnym kraju i udawanie że problem
badania niewyjasnione zupełnie tam
nie istnieje.
#K2.
Dalsze ciekawostki Nowej Zelandii o których istnieniu słyszałem, jednak których brak funduszy i czasu dotychczas nie pozwolił mi przebadać:
Powyższe tajemnice wyczerpują listę tych jakie zdołałem dotychczas
przebadać i opisać. Niestety, proces ich uzdatniania do zaprezentowania w
internecie zajmuje wiele czasu. Wszakże wszelkie badania nowozelandzkich tajemnic
jakie tutaj raportuję dokonuję wyłącznie jako osobiste hobby naukowe, znaczy
w swoim własnym czasie przenaczonym na odpoczynek, oraz na mój prywatny koszt.
Ponadto staram się ukrywać prowadzenie tych badań jak tylko jest to możliwe.
Chodzi bowiem o to, że raz zostałem już wyrzucony z pracy na Uniwersytecie Otago
w Dunedin, właśnie za prowadzenie tego typu badań i za opublikowanie monografii
[5] o eksplozji UFO koło Tapanui (po szczegóły tamtego usunięcia z pracy patrz
podrozdzial A4 w monografii [1/4]). Nie chcę więc aby tamte nieprzyjemne
doświadczenia ponownie mi się powtórzyły z powodu moich obecnych badań.
Niemniej, chociaż postęp jest wolny, badania ciągle prą do przodu. W chwili
obecnej jest mi już wiadomo o kilku następnych intrygujących tajemnicach
Nowej Zelandii, jakie umieściłem w kolejce do przebadania na ile mi to czas
i moje skromne osobiste środki finansowe pozwolą, oraz jakie zaprezentuję
tutaj zaraz po tym jak zakończę ich badanie. Dla przykładu, wiem już o:
(1) mitycznym niewidzialnym krysztale zlokalizowanym w geograficznym
centrum Nowej Zelandii, jakiego podobno można dotknąć, jednak nie można
zobaczyć (być może że kryształem tym jest
komora oscylacyjna
działająca w tzw.
stanie telekinetycznego migotania -
po szczegóły patrz strona
telekinesis_pl.htm - o telekinezie indukowanej technicznie);
(2) tajnej szkole Maoryskich szamanów jaka wciąż operuje ukryta w dziczy
Nowej Zelandii, a do jakiej egzamin wstępny polega na psychokinetycznym zrzuceniu
ze stołu kamienia wielkości pięści bez fizycznego dotknięcia owego kamienia;
(3) dwóch piramidach z Coromandel Peninsular; (4) tajemniczego Wielkiego
Muru Nowej Zelandii który jest jak miniaturowa wersja Wielkiego Muru
Chińskiego, Muru z Peru, czy Muru Hadriana z Brytanii (zbudowanego w 122 roku AD);
and (5) gigantycznej rzeźby spiącego olbrzyma o jakiej piszę w podrozdziale
V3 mojej monografii [1/4]. Dlatego być może warto aby czytelnik powrócił do
tej strony ponownie, jako że wówczas najprawdopodobniej znajdzie na niej opisy
znacznie większej liczby tego typu tajemnic.
Aktualne adresy emailowe autora tej strony, tj.
dra inż. Jana Pająka
(a przez okres 2007 roku - Prof. dra inż. Jana Pająka),
pod jakie można wysyłać ewentualne
uwagi lub zapytania, podane są na stronie:
o mnie (Prof. dr inż. Jan Pająk).
Tam również dostępne są adres pocztowy
i numery telefonu autora.
#K4.
Copyrights, disclaimer, itp.:
Informacja copyright. Każda fotografia jaka podpiera tutaj ktorąś z konkluzji
moich badań, jednak która NIE pochodzi z moich własnych zbiorów, posiada nosiciela
praw copyrights wyszczególnionego pod nią. Pozostałe fotografie pochodzą z moich
monografii, stąd prawa copyright z owych monografii odnoszą się także do nich.
* * *
Disclaimer. Odnotuj że poglądy wyrażone na niniejszej stronie NIE są
podzielane przez właścicieli innych niż moje fotografii pokazanych tutaj,
nawet jeśli właściciele owych fotografii zgodzili się abym wykorzystywał
ich zdjęcia. Chociaż fotografie reprezentują najbardziej obiektywny materiał
dowodowy, ciągle sytuacje jakie one uchwyciły mogą być interpretowane na
kilka odmiennych sposobów.
* * *
Niniejsza strona należy do większego łańcucha stron internetowych
poświęconych najróżniejszym tajemnicom i ciekawostkom (oferując
m.in. nieodpłatne monografie na ich tematy). Łańcuch ten obejmuje
strony zestawione w "Menu 2".
* * *
If you prefer to read English,
click on the flag (jeśli preferujesz angielski,
kliknij na poniższą flagę)
Data zapoczątkowania budowy tej strony internetowej: 10 października 2003 roku.
Data najnowszego aktualizowania tej strony: 27 lutego 2008 roku.
(Sprawdź pod adresami z "Menu 3" czy już istnieje nawet nowsza aktualizacja!)